Ksiega dowcipów


Dodaj do ulubionych




Szablon zrobiłam JA!! Nie zyczę sobie kopiowania grafiki z która się męczyłam bardzo długo. Zapraszam do czytania i komentowania notek:) *** Osoby, które chca być informowane o nowych notkach proszone sa o wpis do księgi:)
2007
luty (3)
marzec (1)
październik (1)
listopad (4)
grudzień (1)

2008
styczeń (1)
marzec (1)
maj (3)
czerwiec (3)

2009
marzec (1)


moje inne opowiadania: )
Wspomnienia Basi i Marka
pamiętnik Syriusza
historia rudzielca(zawieszony)


story-of-lily-evansblack-in-hogwarthana-hawanahermiona-draco-storyktos-tylko-moji-love-you-snapesnape-severuszycie-bez-zludzen



Szablon zrobiony przezemnie i tylko dla mnie!!!!!
Layout by Agisia©


Rozdziały: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16


Wielki powrót? >> sobota, 21 marca 2009 18:00:45
komentarze [2]
Widzę, że mylog się odrodził. już myślałam, że nigdy to nie nastąpi. Mimo tego, nie wiem czy ja sama dostąpie zmartwychwstania, a dokładniej to opowiadanie. Szczerze? Zaczęłam w to wątpić. Może... jeśli mylog znowu się rozkręci to umieszcze tu moje nowe opowiadanie. kto wie?
agisia

Warto umrzeć by żyć...
komentarze [2]


rozdział XVI .niewypowiedziane słowa. >> sobota, 14 czerwca 2008 19:01:33
komentarze [30]
Następny dzień przyniósł jeszcze więcej słońca i nic nie wskazywało na to, że sytuacja z suszą mogłaby się zmienić. Lily, która pod namową matki, wreszcie spotkała się z przyjaciółką, szła wraz z Nicole stronę mugolskiego centrum handlowego. Chociaż była czarownicą, nie należała do zwolenników noszenia czarodziejskich szat, zresztą jak wielu młodych magików, nie tylko tych, którzy urodzili się w rodzinach mugolskich. A, że miała jechać na wakacje, potrzebowała nowych ciuchów.
- Popatrz – Nicole szturchnęła przyjaciółkę w ramię i wskazała na wystawę sklepową – ta sukienka jest śliczna.
- Masz rację – odparła Evans przyglądając się turkusowej sukience na ramiączkach i pasujących do niej oliwkowych szpilkach – chodź, wejdziemy do środka – rozejrzała się i chwyciła Nicole za ramię, po czym stanęła u progu sklepu. Chociaż wiele razy przechodziła tędy, to nie zauważyła nigdy tego sklepu. Zdziwiła się bardzo, gdy dostrzegła, że wszystkie ceny są podane w galeonach. Spojrzała przez okno. Przechodzące obok mugolskie kobiety nie zwracały najmniejszej uwagi na wystawę sklepową.
- Witam Was- usłyszały kobiecy głos dochodzący zza ich pleców. Lily obróciła się na pięcie w stronę kobiety stojącej za ladą. Ciemnowłosa, niebieskooka młoda dziewczyna wyglądała jakoś znajomo. Dziewczyna uśmiechnęła się na widok klientek i rozpostarła ręce pokazując im wieszaki z ubraniami. Dopiero gdy rudowłosa podeszła bliżej, czarownica ją rozpoznała.
- Lily Evans? – zapytała – my się czy znamy.
- Pewnie jesteś Mariett Sue? – powiedziała pytająco ruda, ale nie musiała, bo była tego prawie pewna.
- Tak – odpowiedziała ciemnowłosa i obdarzyła dziewczynę dobrodusznym uśmiechem – mogę w czymś pomóc?
- W sumie tak – rzekła Lily, ciągle zbita z tropu tym spotkaniem – chcę kupić tą sukienkę z wystawy i tamte buty – Mariett wyjęła różdżkę i parę razy nią zakręciła w powietrzu. Sukienka wylądowała w jej ręce.
- Tam jest przymierzalnia. Załóż ją i przyjdź tutaj – powiedziała dziewczyna wskazując rudowłosej drzwi na prawo. Lily zabrała od niej ubranie i ciągnąc za sobą Nicole, poszła w wyznaczonym kierunku. Po drodze ze zdziwieniem zauważyła, że żadne kreacje w sklepie się nie powtarzają i wszystkie są uszyte na jeden rozmiar i to akurat ten, który Lily w życiu by nie założyła, bo by wyglądała jak wieszak. Trochę z lękiem spojrzała na sukienkę i weszła do przebieralni. Nie zdziwiła się, że sukienka była dla niej o trzy numery za duża, to samo buty, ale tak jak kazała jej Mariett, zawołała dziewczynę.
- Co my tu mamy? – Sue zacmokała dwa razy i podciągnęła rękawy swojej szaty. Zaczęła szeptać jakieś zaklęcia, co rusz dotykając różdżką turkusowej kreacji.
- Co robisz?
- Sama zobaczy – opowiedziała Mariett prowadząc dziewczynę do lustra. Ruda wybałuszyła oczy ze zdziwienia. Materiał perfekcyjnie przylegał do jej ciała, a buty idealnie pasował na jej stopy i kostki. Uśmiechnęła się promiennie.
- Jest cudownie – zawołała – jak ty to zrobiłaś?
- Zawodowa tajemnica – wyartykułowała Mariett po czym dodała – to ty się teraz przebierz a ja zapakuję twoje zakupy. Evans poszła z powrotem do przymierzalni, a po drodze zgarnęła wiele rzeczy. W tym grafitowy sweter i spodenki, fioletową bluzkę i wiele innych rzeczy. Podała to wszystko dziewczynie, która zrobiła nieco zdziwioną minę.
- Wezmę te rzeczy – uśmiechnęła się i wytknęła język do Nicole, która patrzyła na nią z osłupiałym wzrokiem. Sue trochę się ociągała, ale w końcu zrobiła wszystkie przymiarki i zaczęła zwężać ubrania. Gdy już skończyła, Lily wyciągnęła z portfela odpowiednią ilość galeonów i podała czarownicy. Stojąc koło kasy, zauważyła niewielkie ogłoszenie i wpadła na pewien pomysł.
- To jeszcze aktualne?
- Co? – Spytała Sue licząc pieniądze.
- Ogłoszenie – zaśmiała się Evans wskazując ręką na kartkę, zawieszoną na ścianie. Sue podniosła wzrok i mruknęła – tak. A co? Potrzebujesz pracy?
- No tak jakby…- zaczęła rudowłosa, ale Mariett zrozumiała o co jej chodzi i zagadnęła.
- W sumie.. możesz zacząć od jutra. Pani Green na pewno Cię przyjmie – ruda westchnęła, bo przypomniała sobie coś.
- Jutro wyjeżdżam.
- Dokąd? – spytała z ożywieniem Mariett. Lily mruknęła.
- Do Francji.
- Na ile?
- Dwa tygodnie.
- To jak wrócisz, zapraszam do pracy – Evans rozpromieniła się. Nie sądziła, że będzie pracować w sklepie, ale teraz każda praca by się jej przydała.
- Naprawdę?
- A kto inny by się do tego nadawał? – zaśmiała się Sue.
- Nie no dzięki. To do zobaczenia za dwa tygodnie – pożegnała się i razem z Nicole opuściła sklep.

Po całym dniu robienia zakupów, rudowłosa wróciła do domu i od razu wlazła do wanny, bo tylko o tym wtedy marzyła. Wlewając różne płyny do kąpieli i wdychając wonne opary miała czas by pomyśleć nad swoją sytuacją. Była już prawie pewna, co powinna zrobić. Po rozmowie z Tedem i przyjaciółką czuła, że podjęła właściwą decyzję. Po kąpieli wbiła się w nową sukienkę, szpilki, umalowała się i uczesała. Zarzuciła na ramiona kaszmirowy sweter.
- Wychodzę – rzuciła w stronę kuchni, idąc korytarzem i opuściła mieszkanie.

Aportowała się przed furtką starej kamienicy. Ostrożnie stąpając po trawie, by nie zniszczyć nowych butów, podeszła do drzwi i zapukała.
- Lily? – Drzwi otworzył jej Syriusz. Zmierzył ją dziwnym spojrzeniem i wpuścił do środka – wejdź. James się pakuję – czuła jego spojrzenie na swoich ramionach. Nie dziadziała co, ale coś z tego wzroku się jej nie podobało. Poprowadził ją do sypialni przyjaciela. Rudowłosa po cichu przekroczyła próg, tak, że pochylony nad kufrem Rogacz jej nie zauważył. Zakryła jego oczy swoimi rękami.
- Liluś? – wyprostował się. Rozpoznał ją po zapachu, którego tak było mu ostatnio brak. Zdjęła ręce z jego twarzy.
- Liluś!!!!- teraz już krzyknął i jak małe dziecko chwycił dziewczynę w objęcia. Mocno ją przytulił i okręcił się kilak razy w miejscu, porywając ją w powietrze. Jego usta wylądowały na jej wargach Rozchyliła lekko usta pozwalając by dotknął jej podniebienia swoim językiem. Dreszcz emocji rozchodził się po jej całym ciele i nie miała już żadnych, nawet najmniejszych wątpliwości.
- Tak za tobą tęskniłam! – wykrztusiła nie bardzo wiedząc jak zacząć rozmowę po tak namiętnym pocałunku.
- A myślisz, że ja za tobą nie? Gdzie ty się podziewałaś? – Rudowłosa zaczerwieniała się, co w jej przypadku nie było niczym nadzwyczajnym. Całe życie chodziła czerwona jak piwonia.
- Dostałam pracę.
- Naprawdę? – ucieszył się – to wspaniale – ponad jej ramieniem pokazał Łapie, który patrzył na tą scenę z łobuzerskim uśmiechem, żeby sobie poszedł. Syriusz zrobił zawiedzioną minę, ale posłusznie wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
- Mam dla ciebie prezent – powiedział Rogacz gdy już usiedli w swoich objęciach na jego łóżku. Wyciągnął z szuflady niewielkie szare pudełko i podał jej z uśmiechem na twarzy – pomyślałem, że będzie Ci pasowało do naszyjnika – Lily ze zdziwieniem wyjęła z pudełka srebrną spinkę w kształcie feniksa.
- Zauważyłem, że się z nim nie rozstajesz – pokazał ręką na wisiorek na jej szyi, poczym wziął od niej spinkę i wpiął w jej rude włosy.
- Dziękuję! Jest śliczna – ucałowała go znowu i dopiero teraz miała czas by zdjąć z siebie płaszcz. Przyjrzał jej się z rozdziawionymi ustami po czym wyjąkał.
- Wyglądasz rewelacyjnie.
- Dzięki.
- A teraz – po dłuższej chwili milczenia, postanowił ją zapytać – może mi powiesz, co się stało ostatnio, bo nie za bardzo rozumiem. Evans westchnęła i zwinęła się w kłębek z jego ramionach. Czuła, że jest mu winna wyjaśnienia.
- Wiesz, że cię kocham?
- Tak – powiedział zdziwiony.
- A nie zrobisz nic głupiego jak ci coś powiem? – zapytała z nadzieją w głosie. Czuła jego oddech na swojej twarzy.
- Nie.
- Przyrzeknij. Proszę – szepnęła na do ucha.
- Przysięgam – westchnęła, wciągnęła głośno powietrze i wypaliła – Był u mnie Snape.
- Co? – zapytał odsuwając się trochę. Teraz patrzył na nią z mieszaniną złości i rozczarowania – czego ta parszywa gnida chciała?
- James…
- Mów – rozkazał. Nigdy wcześniej nie kazał jej nic zrobić. Najwyraźniej musiał przyjść ten pierwszy raz.
- Przeprosić- odpowiedziała trochę zła na siebie, że mu to powiedziała. Wiedziała jakimi uczuciami Rogacz obdarza Severusa. Chłopak z bijącym sercem i lękiem w głosie wymamrotał.
- Jedziesz jutro ze mną? – jego plany tak łatwo mogły legnąć w gruzach, a on nic nie mógł na to poradzić. Zdawał sobie sprawę, co kiedyś ona czuła do Snape’a. Lily poczuła mdłości. wiedziała, co chłopak mógł pomyśleć.
- James… zrozum… to, że Severus przeprosił nic dla mnie nie znaczy… ja kocham ciebie – pojrzała błagalnie na jego twarz. Czuła, że do oczu cisną jej się łzy. On również to zauważył i nie mógł znieść tego widoku. Otarł z jej policzka samotną łzę, spływającą z przymrużonej powieki.
- To nie zmieni, tego co jest między na mi – wyjąkała, a on ją przytulił.
- Wiem – odpowiedział – tak boję się, że Cię stracę.
- Tak bardzo cię kocham – załkała obejmując jego głowę rakami – tak bardzo…
- Dlaczego nie chcesz… - nie dokończył, bo w tej samej chwili do pokoju wpadł Syriusz i zawołał.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale jesteś potrzebny na dole.
_________________
Od Autorki:
W nastepnej notce już wyjadz do Francji^^ mam nadzieję, że notka się podoba, bo mnie tak: ) Wiem, ze dosyć krótka, ale cóż. Liczę na komentarze. a i dla chętnych zapraszam na www.magical-fight.mylog.pl to moje opowiadanie z Pamiętnikiem Syriusza:)

Warto umrzeć by żyć...
komentarze [30]


roz. XV .zamówienie. >> niedziela, 8 czerwca 2008 23:30:46
komentarze [10]
Przez następny cały dzień Lily nie odzywała się ani do Nicole, która przyszła do niej rano, ani do Jamesa, który zdążył wysłać do niej już trzy razy swojego patronusa. Za każdym razem pytał ją jak się czuje, ale ona nie odpowiedziała na żadną z tych wiadomości. Chociaż próbowała sobie wmówić, że wcale nikogo nie unika, to prześladowało ją przeczucie, że traktuje swojego chłopaka nie w porządku. Nie rozumiała co się z nią dzieje. Nie miała ochoty z nim rozmawiać, a co dopiero spędzać czas w jego towarzystwie. Przez pewien czas miała wrażenie, że jest to spowodowane tym, że ostatnio strasznie się do siebie zbliżyli, a ona bała się tego. Nieuchronnie zbliżał się również wyjazd, który w tym przypadku mógł oznaczać tylko jedno. Nie była pewna, czy jest gotowa, na tak poważny krok. Wizyta, którą poprzedniego dnia złożył jej Severus też nie poprawiała sytuacji, a ja tylko pogarszała. Rudowłosa pragnęła o nim zapomnieć, a on zjawił się po tak długim czasie.
- Liluś – z zadumy wyrwała ją matka, trzymająca w ręku słuchawkę od telefonu – dzwoni James – dziewczyna wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia. Nie wiedziała, że chłopak umie korzystać z mugolskiego telefonu. Serce zabiło jej szybciej, ale po chwili pokręciła głową i wyszeptała.
- Nie ma mnie – nie była jeszcze gotowa na tą rozmowę. Jej matka wzruszyła ramionami i powiedziała do słuchawki.
- Lily śpi.
- Nic jej nie jest? – z aparatu dochodził trochę za głośny i zniekształcony głos, ale Lily od razu poznała w nim głos ukochanego.
- Nie. Czemu pytasz?
- Martwię się. Nie odzywa się do mnie cały dzień. Mogłaby pan przekazać, że dzwoniłem?
- Oczywiście.
- No cóż. To dobranoc pani – rudowłosa usłyszała kwiknięcie, oznaczające odłożenie słuchawki. Pani Evans popatrzyła na rudą z zatroskaną miną. Westchnęła i zapytała.
- Co się dzieje?
- Nic- burknęła Lily, chcą by matka zostawiła ją w spokoju. To musiała być jej decyzja.
- Przecież widzę. Lily – usiadła na rogu łóżka i lekko napierając na córkę, popatrzyła jej prosto w zielone oczy – co ty robisz? Czemu go unikasz?
- Nie unikam – odparła wymijająco dziewczyna i spojrzała w bok. Oczy matki były tak przeszywające, że nie mogła wytrzymać jej wzroku. Cały czas chciała, by to wszystko się skończyło. Nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. Tak pragnęła poczuć jego zapach, wtulić się w miękkie, kruczoczarne włosy, zatopić wargi w jego ustach. Nie musiała mówić matce, żeby sobie poszła. Tamta wyczytała to z jej twarzy. Gdy tylko drzwi trzasnęły za Panią Evans, rudowłosa wstała, zabrała swoją pelerynę i wyślizgnęła się przez drzwi od balkonu. Było tylko jedno miejsce, w którym mogła doznać ukojenia.

Słońce już dawno zaszło, a księżyc ukazał się na niebie w postaci srebrnego półkola, odbijającego się w tafli wody. Rudowłosa siedziała na brzegu jeziora, wpatrując się w horyzont. Wiał lekki wiatr, ale nie przeszkadzał jej chłód. Tak było dobrze, ponieważ czuła się wolna.
- Kogo ja tu widzę. Czy mnie oczy mylą, czy to panna Lily Evans? – usłyszała za sobą głos i wiedziała do kogo on należy. Zdziwiona była faktem, że jeszcze go nie zapomniała. Odwróciła głowę, spoglądając na migocącą w świetle księżyca postać.
- Cześć Tedy – przywitała się, a Tedy Tonks opadł na trawę obok niej. Mężczyzna był od niej piętnaście lat starszy i miał dziewięcioletnią córkę. Właśnie na jej chrzcie widziała go po raz ostatni, chociaż mieszkał na osiedlu obok. Czuła jego wzrok, tak czujnie utkwiony w twarzy dziewczyny.
- Wyglądasz na zatroskaną.
- Mylisz się – odparła trochę wymijająco. Przez chwilę pomyślała, że co jej szkodzi, ale stwierdziła, że jednak nie będzie prosiła go o radę.
- Nie sądzę- uśmiechnął się, a jego uśmiech był ledwie widoczny w ciemności – kiedy byłaś małą dziewczyną często przychodziłaś to, gdy coś cię trapiło – westchnął i złapał w powietrzu komara. Lily spojrzała na las po przeciwległej stronie jeziora. Miał rację, że przychodziła tu jako dziecko. Wtedy jej rodzice często się kłócili i wszystko to odbijało się na niej. A teraz? Chyba chciała uciec przed rzeczywistością i odpowiedzialnością. Nagle poczuła, że może się mu zwierzyć, w końcu to on był dojrzałym mężczyzną, mężem i ojcem.
- To co mnie trapi, jest ciężkie do opisania – westchnęła.
- Rozumiem – odpowiedział i mimowolnie odgarnął sobie włosy z twarzy –miłość?
- Tak. Ale to nie ważne. Co u Ciebie? Nie widzieliśmy się odkąd urodziła się Nimfadora – chciała jak najszybciej zmienić temat.
- Heh – zaśmiał się – w sumie to wiele się zmieniła. Ma teraz różowe włosy.
- Naprawdę? – rudowłosa szczerze się zaśmiała. Przypomniała sobie tą małą dziecinkę, którą trzymała na chrzcie – zawsze wiedziałam, że będzie niezwykłą dziewczynką.
- Oczywiście - Przyznał – ma to po mamie. A ty kiedy zaszczycisz nas dzieckiem? – zapytał zainteresowany, próbując ją trochę podpytać.
- Mam jeszcze czas – odpowiedziała nieco zdziwiona tym pytaniem. Poprawiła się na kępie trawy, ponieważ dostała lekkiego skurczu w nodze.
- Twoja mama wspominała mi o tym chłopaku… jak mu tam? Jerry?
- James – poprawiła go i mruknęła z zażenowaniem- no tak. Nie ma to jak plotki.
- Oj nie przesadzaj – próbował ją udobruchać, ale raczej nie zbyt mu to szło – a to coś poważnego?
- Raczej tak. Po wakacjach zamierzamy razem zamieszkać.
- No to gratuluję – powiedział i uśmiechnął się szczerze, ale jego uśmiech był ledwo widoczny w ciemności.
- Tylko ani słowa mojej mamie – ostrzegła go i pogroziła palcem – nie chcę jej denerwować, zwłaszcza nie teraz.
- Dobra, spokojnie – mruknął – będę milczał jak grób – a potem dodał, przyglądając się jej uważnie – czemu tak zbladłaś, na pytanie o dziecko?
- Ja? Naprawdę? – próbowała ukryć rozterkę, ale nie dała rady.
- No tak.
- Nie wiem czy jestem wystarczająco dorosła – po raz kolejny tego dnia złapała się na tym stwierdzeniu. Bardzo dziwiło ją, że nie umiała ukryć tego co czuje.
- Moim zdaniem jesteś – zaczął trochę nieśmiało, by jej nie urazić – pamiętaj, że nawet dla faceta dziecko, to największy skarb na świecie.
- Haha – zaśmiała się i szturchnęła go w ramię. Zastanowiła się chwilkę. Może Tedd miał rację?

- Co się z Tobą dzieje? – to pytanie spłynęło z ust Syriusza pod jakimś impulsem. Już od pewnego czasu przyglądał się przyjacielowi. On, James i Peter siedzieli w Sypialni Pottera i grali w eksplodującego durnia.
- Nic – odpowiedział Rogacz lekko zaskoczony tym pytaniem – nudzę się. Teraz nawet do pracy nie mogę iść, bo cała kadra i trenerzy dostali miesięczny urlop.
- Aha – mruknął Łapa, nie usatysfakcjonowany tą odpowiedział. Prawdę mówiąc spodziewał się, że przyjaciel powie coś innego – a nie możesz zaprosić Lilki?
- Nie odzywa się do mnie – Syriusz uniósł brew, w sposób w jaki tylko on potrafił.
- Co? Co ty jej zrobiłeś?
- Nic – odurzył się James i kopnął kosz na śmieci – jest jakaś dziwna. Zrobiła się taka, po tym wczorajszym…
- Incydencie w wannie?- Łapa parsknął śmiechem.
- Żebyś wiedział. Gdybyś zobaczył jak chłodno mnie wczoraj pożegnała. To zupełnie do niej nie podobne – James za wszelką cenę chciał wiedzieć, co się stało jego dziewczynie. Nigdy wcześniej go tak nie traktowała. Doskonale wiedział, że go unika, bo rudowłosa nie należała do osób, które nie odpowiadają na wiadomości.
- Próbowałeś z nią porozmawiać? – zapytał Syriusz siadając naprzeciwko przyjaciela. Czuł na sobie wzrok Petera, ale się tym nie przejmował.
- Taa – odparł Rogacz lekko zdruzgotany – nawet dzwoniłem do niej z mugolskiego telefonu- oparł się o ścianę.
- No co ty?- Black roześmiał się głośno i zaczął wić po podłodze.
- Co Cię tak śmieszy?- Rogacz zmierzył go wzrokiem.
- Ty mnie śmieszysz.
- Co?
- To całe poświęcenie. Strasznie się zmieniłeś. Wyluzuj wreszcie – Syriusz poklepał przyjaciela po plecach i zatoczył w powietrzu koło rękami, jakby chciał mu pokazać wszystko dookoła – trochę śmiechu Ci nie zaszkodzi.
- To nie Hogwart- zastanowił się Rogacz.
- No i?
- Nie ma tu śmiecierusa, żeby pokazał szare gatki – oboje parsknęli śmiechem. Śmiali się przez dobre pięć minut opowiadając sobie przygody z lat szkolnych. Wszystko to wydawało się teraz Jamesowi takie błahe, takie proste i dziecinne.
- A pamiętasz jak zamieniliśmy zupę Snape’a na wywar z czyrakobulwy? Wszędzie wyskoczyły mu krosty!
- To były czasy –skomentował Syriusz – albo nasz finałowy numer na zakończeniu roku. Ciekawe czy udało im się odetkać umywalki- zachichotał.
- Tęsknię z Hogwartem – zapiszczał Peter, wsłuchujący się w każe ich słowo.
- Ja też- odparł James – A żeby nie zapomnieć o nim, zabrałem znicza i…
- … gacie Filcha – dokończył Syriusz. Gardło piekło go od śmiechu – szkoda, że nie dane było nam zobaczyć jego miny, na widok tych stringów, które podrzuciliśmy mu do szuflady – zaczęli wspominać na dobre. Kolejna historia rozśmieszała ich jeszcze bardziej, i w końcu zaczęli się tarzać po podłodze. James nie uczestniczył z tym zbiorowym śmiechu. Zamyślił się i siedział wpatrując się w jakiś obraz na ścianie. Już wiedział co ma zrobić. Był pewny, jak nigdy wcześniej, tego co robi.
- Zanim wrócę do rzeczywistości muszę coś załatwić, a wtedy stanę się powrotem dawnym Jamesem Potterem – to mówiąc wstał i opuścił swój pokój, zostawiając Syriusza i Petera, lekko skołowanych.

Szedł ciasno opatulony peleryną, która łopotała na wietrze. Zatrzymał się na rogu skrzyżowania i wkroczył do małego sklepu.
- Witam panie Potter – przywitał go męski głos – zamówienie numer 111?
- Tak – odpowiedział James pewnym tonem.
- Coś jeszcze?
- Owszem. To o czym mówiliśmy. Cena nie gra roli – człowiek poprowadził Rogacza do małej komórki i zaczął pokazywać mu różne przedmioty. Jeden bardzo przykuł uwagę chłopaka. Wziął go do ręki, by przyjrzeć się mu z bliska.
- Wezmę to.
- Doskonały wybór – pochwalił go mężczyzna i obdarzył krótkim uśmiechem, po czym dodał – musi być bardzo szczęśliwa.
- chyba tak – odparł James cicho, po chwili zastanowienia. Chociaż był pewny swojej decyzji, coś go niepokoiło i nie wiedział co to było. Zapłacił i wyszedł.
____________
Od Autorki:
Notka nie jest nadzwyczajna. Pewnie pełno w niej błędów, ale jestem zbyt padnięta by to sprawdzać.

Warto umrzeć by żyć...
komentarze [10]


roz. XIV .by uwierzyć komuś po latach. >> poniedziałek, 2 czerwca 2008 15:08:05
komentarze [3]
Stół do obiadu został zasłany w najlepsze talerze, sztućce i puchary. Wszystko to dopełniał mały wazon pełny świeżo zerwanych, białych lilii wodnych. Do tego każdy talerz został zaopatrzony w kwiecistą serwetkę.
- Nareszcie w domu – powiedział chłopak stając na progu kuchni. Podekscytowany, a zarazem szczęśliwy mógłby skakać, gdyby nie ból przeszywający bok. Przy kuchni krzątała się Pani Potter machając co rusz różdżką.
- Wow – zawył z wrażenia Rogacz, widząc swoją mamę gotującą, bowiem był to niecodzienny widok. Machnęła po raz kolejny, starannie obracając patyk w palcach, powodując, że zupa w garnku zabulgotała.
- Może pomogę? – zapytała rudowłosa sięgając już po swoją różdżkę.
- Nie dziecinko. Jesteś gościem – odparła na pytanie matka chłopaka, starając się na jak najbardziej dobrotliwy głos.
- Ale naprawdę mogę pomóc – upierała się Evans.
- Nalegam, żebyś tego nie robiła – Mama rogacza uśmiechnęła się i wróciła go gotowania. Lily chcąc nie chcą musiała ustąpić i wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Rogaczem. Chłopak przesłał jej figlarny uśmieszek i pociągnął za sobą na korytarz. Potter mieszkał w starej kamienicy więc wszystkie pomieszczenia były urządzone w dawnym stylu.
- Mama tak się przejęła moim powrotem, że postanowiła sama coś ugotować – poinformował ją prowadząc dziewczynę po stromych schodach na górę. Chciał w ten sposób jakby usprawiedliwić zachowanie swojej matki, ale nie uprzedzać do niej rudowłosej.
- Kocha Cię – powiedziała po chwili zastanowienia.
- Tak – przyznał Rogacz z swoistym tonem – chyba za bardzo.
- Co masz na myśli? – Evans tak bardzo chciała się dowiedzieć wszystkiego swoim chłopaku, że zawsze podpuszczała go do odpowiedzi. W pewnym sensie miała nad nim psychiczną kontrolę, bo Rogacz jakoś dziwnie zawsze jej ulegał.
- No.. pewnie dlatego ludzie mówią, ż jestem rozpieszczony – wyszczerzył do niej bieluteńkie ząbki i zmierzwił sobie roztrzepaną czuprynę.
- Muszę im przyznać rację – wytknęła do niego język i demonstracyjnie odeszła kilka kroków. Dogonił ją chwytając za nadgarstek.
- Chyba nie dosłyszałem – powiedział ostro, udawanym głosem – możesz powtórzyć? – Rudowłosa perfidnie zmierzyła go wzrokiem od góry do dołu, wspięła się na palce, ponieważ była bardzo niska i mruknęła mu prosto w twarz.
- Powiedziała, że jesteś rozpieszczony – uwielbiała się z nim droczyć, ponieważ Rogacz tylko wtedy wyglądał na niewinnego, a uwielbiała ten widok. Chłopak chwytając ją teraz za obie ręce przycisnął do ściany.
- Ach tak – rzekł najbardziej poważnym tonem, na jaki było go w tym momencie stać, ponieważ Rogacz należał do osób, które śmieją się ze wszystkiego – To może pokażę pani, co to znaczy być rozpieszczanym? – teraz już siląc się by nie wybuchnąć nieposkromionym śmiechem, spojrzał jej prosto w te zielone oczy.
- To miała być propozycja czy groźba? – zapytała zupełnie niespodziewanie. Chłopak bowiem już przygotowywał sobie odpowiedź na inne pytanie. Zastanowił się chwilę i mruknął figlarnie.
- A jak myślisz? – zaśmiał się i pociągnął dziewczynę za sobą, ciągle trzymając ją za dwa nadgarstki. Nie protestowała, wręcz przeciwnie. Była bardzo ciekawa co chłopak zamierza zrobić. Byli już prawie na końcu schodów kiedy zaczęli się całować, a że oparli się o drzwi, które były lekko uchylone, wpadli do łazienki. Twarzą w twarz parsknęli histerycznym śmiechem. Musiał się pochylić by znowu ją pocałować, ale w tym samym momencie zachwiał się i razem z dziewczyną wylądował w wannie.
- Auu – zawyła rudowłosa czerwona na twarzy. Ciężar chłopaka przygniatał ją do kranu, ale nie tylko to wywołało u niej taką reakcje.
- Co?
- Ugryzłeś mnie w nos! – prawie krzyknęła i spróbowała wyswobodzić jedną rękę by rozetrzeć sobie twarz. Rogacz widząc to przytrzymał jej dłoń w powietrzu i cmoknął prosto w czubek nosa. W tej samej chwili usłyszeli pyknięcie i gdzieś nad nimi mignęła roztrzepana postać.
- Uuuu… Rogaty – usłyszeli głos Łapy i chichoty dobiegające z kąta łazienki – to ja nie będę przeszkadzał, ale radzę Wam zejść na obiad – powiedział i deportował się. Kiedy tylko zniknął Lily i James zerknęli po sobie i wstali. Nie można było stwierdzić kto był z nich bardziej czerwony. Czy ruda, która zrobiła się jak piwonia i to nie tylko na włosach, czy Rogacz, próbujący powstrzymać się od palnięcia jakiegoś głupiego komentarza. Zdołał tylko wybąknąć z zażenowaniem.
- Przyłapani.

Dźwięk sztućców rozlegał się w ogrodzie na tyłach domu do samego wieczora. Postanowili zjeść na zewnątrz, ponieważ żal im było zmarnować taką piękną pogodę, zwłaszcza że słońce już tak nie prażyło, a wiatr zrobił się przyjemnie chłodny. Teraz siedzieli przy kieliszkach, popijając Ognistą Whisky i rozmawiali z podnieceniem, ale tak żeby zbytnio nie hałasować.
- No to zostały tylko trzy dni – powiedziała pani Potter, uśmiechając się znacząco do syna – nie najlepszą znalazłeś sobie porę, do wpadania w tarapaty.
- Mogło być gorzej – skomentował po cichu James – Lepiej uważaj na mojego tatę. Kiedy się napije zawsze gada głupoty – szepnął jej do ucha tak, by tylko ona to usłyszała. W momencie kiedy to mówił czuła jak jego oddech muska jej kark. Przeszły ją dreszcze.
- To tak jak ty – odpowiedziała przekornie, próbując zatuszować to dziwne odczucie. Po chwili poczuła silny ból w kolanie, kiedy Potter wbił jej paznokieć rzepkę.
- Au!
- Jeszcze raz ?- Zapytał szczerząc zęby.
- Nie – odpowiedziała z uśmiechem. Coś ją korciło, żeby mu przygadać, ale zamiast tego zadowoliła się stwierdzeniem – bo jeszcze skończy się w wannie. A w twoim przypadku jest to chyba nie wskazane –wytknęła do niego język. Rogacz odruchowo dotknął swoich bandaży, które zakrywała mu koszula. Zamyślił się. Nigdy wcześniej on i rudowłosa nie zbliżyli się tak do siebie. Dziewczyna po chwili zauważyła tą jego zmianę w zachowaniu.
- Coś się stało? – zapytała przypatrując się jego twarzy bardzo uważnie. Utkwiła w nim swoje zielone oczy z czujnością.
- Nie. Dlaczego pytasz?
- Bo jesteś taki jakby – zawstydziła się, bo nie chciała mu dokuczać – czerwony – Zakończyła a James wytrzeszczył na nią oczy. Po chwili jednak zrozumiał o co jej chodzi i przeklął swoja głupotę w duchu. Za dużo sobie wyobraża.
- Nic mi nie jest – odparł próbując zachować przynajmniej jakkolwiek normalny wyraz twarzy.
- To dobrze – rzekła po chwili zastanowienia. Była trochę zdziwiona jego nienaturalnym tonem – bo zaczynam się już martwić – Rogacz wyczuł w jej głosie nutkę niezrozumienia wiec wstał i kucnął przed nią, oplatając jej palce swoimi dłońmi. Wiedział, że inni są już tak pijani, ze na pewno nie zwracają na nich uwagi. Dla pewności spojrzał wzrok, ale nie zdziwił się widząc jak jego ojciec opowiada jakiś żart, zabawiając swoją żonę i Syriusza. Patrzył na dziewczynę widząc w jej zielonych oczach migocące iskierki. W blasku księżyca wyglądała naprawdę atrakcyjnie. Jej kształtna, kobieca figura współgrała z cieniami drzew, a rudo-blond włosy sięgające prawie do pasa opadały cienkimi kosmykami na ramiona i wydatne piersi. Dziewczyna działając pod jakimś dziwnym impulsem przyciągnęła jego głowę bo swojego brzucha. Nie umiała inaczej okazać troski o niego. Nagle poczuła się strasznie niedojrzała. Jeśli w tylko w taki sposób potrafiła okazać mu, że go kocha to, to na pewno nie świadczyło o jej dorosłości. Była jak dziecko, krucha i delikatna, nie umiejąca stwierdzić na czym polega miłość.
- Co robisz? – Zapytał chłopak, zwracając się prosto do jej brzucha.
- Zastanawiam się – odparła, czując, że przynajmniej mówi prawdę.
- Nad czym? – James oderwał od niej głowę i kucając spojrzał jej prosto w oczy. Ona zrobiła to samo, zatapiając wzrok i jego czekoladowych ślepiach. Nie zobaczył w nich radości, ale zwykły, nie zrozumiały dla niego lęk.
- Czy my nie jesteśmy za młodzi? – wyrwało jej się z ust, zanim zdążyła się opanować.
- Na co? – „Dobre pytanie” Pomyślała Lily, ale nie znała odpowiedzi, albo nie chciała jej do siebie dopuścić.
- Nie wiem, za dużo myślę – odparła bez ogródek. Stwierdziła, że ludzki umysł jest tak skomplikowany, że nigdy nie zrozumie o co jej chodzi i czego chce. Po prostu nie była gotowa – lepiej już pójdę.
- Nie, czemu? – spytał z rozczarowaniem James. Myślał, ze dziewczyna zostanie trochę dłużej, że będzie mógł się nią nacieszyć. Myślał… no właśnie. Za dużo myślał. Zanim zdążył coś jeszcze powiedzieć, Lily wstała i chwytając go za rękę pociągnęła do góry. Obdarzyła go pojedynczym całusem w policzek po czym zwróciła się do reszty.
- Do zobaczenia Łapo, do widzenia państwu – sama nie wiedziała co w nią wstąpiło, przecież wszystko się tak pięknie układało. Odwróciła się od reszty i szybko przeszła przez ogrodzenie, tak by nie zdołał jej dogonić. Nie miała siły teraz patrzeć w jego oczy. Rogacz patrzył w miejsce, gdzie dziewczyna przed sekundą się deportowała i całkowicie zbity z tropu, nie mówiąc o tym, że wmurowany w ziemię nie mógł się ruszyć. Nie rozumiał.

Aportowała się na chodniku przed domem. Gdy tylko jej stopy uderzyły o ziemię, zachwiała się, wpadła na coś ciężkiego i upadła. Włosy opadły jej na przód twarzy, tak, że nic nie widziała. Odgarnęła je i ujrzała przed sobą bladą, bardzo chuda dłoń. Podniosła oczy i to co ujrzała przywarło ją do ziemi. Nad nią wisiała twarz o ziemistej cerze i zapadniętych policzkach.
- Witaj Lily – powiedział spokojnie Severus Snape wciąż trzymając wyciągniętą rękę, by pomóc jej wstać, ale ona się nawet nie poruszyła. Był ubrany w tą samą czarną i brudną pelerynę co za czasów szkolnych, ale nie miała już szkolnego godła. Odruchowo sięgnęła po różdżkę, ale ze zdziwieniem stwierdziła, że on swojej nie wyjął.
- Nie bój się. Nie będzie Ci ona potrzebna. Nic Ci nie zrobię – szepnął zimnym lecz tajemniczym głosem. Rudowłosa zebrała w sobie myśli i szybko odpowiedziała.
- Co ty tu robisz? – wreszcie odrętwienie minęło i udało jej się wstać. Mimo jego wyciągniętej ręki nie skorzystała z pomocy.
- To są słowa, które Lily Evans powiedziała do mnie po prawie trzech, nie no może przeszkadzam, ponad dwóch latach nie odzywania się. Muszę to zapamiętać – w jego włosie można było dosłyszeć nutkę rozbawienia, choć Evans nie wiedziała co mogło go tak śmieszyć.
- Czego chcesz? – wyrwało jej się odruchowo z ust. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego czego mogła się spodziewać po kimś takim jak on. W każdym razie nie wróżyło to nic dobrego.
- Porozmawiać – wyciągnął ku niej dłonie, jakby w geście bezradności.
- Tak, jasne – spojrzała mu z przerażeniem w czarne, nieprzeniknione oczy. Zerknęła na swój dom. Strach paraliżował jej ciało, tak więc nie była w stanie zrobić nawet jednego kroku – On Cię przysłał!?
- Kto?
- Ten wasz Czarny Pan! – po policzkach spływały jej łzy, które próbowała zetrzeć rękawem, ale bezskutecznie.
- Nie, Lily to nie tak – Snape podszedł bliżej i próbował chwycić ja za nadgarstki. Wyrwała się i odsunęła z dala od zasięgu jego rąk.
- Nie!?- wyjąkała przez łzy – czemu nie jesteś teraz z Malfoyem, albo Averry’m i nie torturujesz mugoli!? Czego chcesz ode mnie? Czego ON chce ode mnie? – nie umiała zapanować nad tym co mówi. Czuła, że coś jest nie tak. Czemu jeszcze nie wyciągnął różdżki?
- Lil… ja przyszedłem tylko porozmawiać. Nikt mnie nie przysłał – ponownie próbował dotknąć jej ręki, ale odepchnęła go jak karalucha. Patrzyła na niego z pogardą, starając się cokolwiek zobaczyć przez krople kłębiące się w jej oczach – przyszedłem Cię przeprosić.
- Przeprosiłeś dwa lata temu! Jak chcesz to jakoś wynagrodzić zabij mnie tak jak on Ci to kazał i zrób to szybko!! – jąkała się i z trudem składała poszczególne słowa w całe zdania.
- Lily, co ty wygadujesz?- Snape był jeszcze bledszy niż zwykle – w życiu bym Ciebie nie skrzywdził – wiedział, ze nic z tego nie będzie. Wyciągnął różdżkę. Rudowłosa widząc to zamknęła oczy. Nie było nawet sensu się bronić, i tak by nie wygrała. Mogła się tylko spodziewać co się teraz stanie. Usłyszała świst różdżki, a potem pyknięcie, ale nic nie poczuła. Nie widziała również zielonego blasku. Powoli uchyliła powieki i rozejrzała się dookoła. Stała dalej na trawniku przed rodzinnym domem, ale Snape’a nigdy nie było. Zrozumiała, ze musiał się deportować. Otrzęsła się z szoku zrobiła kilka kroków przed siebie, jednak nastąpiła na coś twardego. Na ziemi, z białych kamyków ułożone było jedno słowo "przepraszam". W oczach zaszkliły jej się łzy. Jednak nie kłamał, przyszedł przeprosić.
_______________________
Od autorki:
Nic dodać nic ująć. Notka trochę dłuższa niż zazwychaj, ale mam nadzieję, że bardziej wartościowa: ) Przepraszam za wszelkie błędy, ale nie miałam teraz czasu wychwytywać literówek.
Pozdrawiam. Agisia

Warto umrzeć by żyć...
komentarze [3]


roz. XIII .przyjaciel, który odszedł. >> środa, 28 maja 2008 15:37:09
komentarze [4]
Notkę tę dedykuję mojej przyjaciółce, z którą się pokłóciłam i mam nadzieję, ż kiedyś mi wybaczy.
___________


Kolejny dzień lata przyniósł jeszcze więcej słońca, które świeciło wysuszając trawniki i kwiaty. Chociaż ostatni deszcz padał tydzień wcześniej to nagle nad Anglią zapanowała niewyjaśniona susza. Lily tak jak przez ostatni tydzień siedziała w szpitalnym pokoju dotrzymując towarzystwa Jamesowi. Stan chłopaka poprawił się i miał wkrótce opuścić św. Munga.
- Hej słońce! – zawołała Lily u progu pokoju. Na jej widok twarz chłopaka pojaśniała i rozszerzyła się w dobrodusznym uśmiechu. Oparł się o poduszki. Ruda przypatrzyła mu się. Włosy mu dziwnie sterczały, ale mimo to na jego widok jej serce zabiło szybciej. Jak zawsze.
- Cześć – odpowiedział – a od kiedy to ja jestem słońcem?
- Od kiedy nie wdrapujesz się na mój balkon w środku nocy – roześmiała się, pochylając nad chłopakiem i całując go w usta. Usiadła na krawędzi łóżka.
- Już się spakowałaś?- Spytał znienacka James.
- Co? – Zadziwiła się.
- Nasz wyjazd! – zawołał i zaczął się śmiać. Lily zrobiła zaskoczona minę. Przez to wszystko na śmierć zapomniała o wakacjach.
- Kiedy jedziemy?
- Zostały tylko cztery dni – odpowiedział. Ruda wytrzeszczyła oczy i odruchowo zakryła dłonią usta.
- Ale ty nie możesz wyjechać w takim stanie!
- Jak nie?
- No przecież jesteś w szpitalu.
- Dzisiaj mnie wypisują – oznajmił z triumfem w głosie – nic mi nie jest, więc nie będą mogli mnie dłużej trzymać. Wiesz przecież że magia czyni cuda – to dodając podciągnął się na poduszkach i przyciągnął dziewczynę do siebie, chwytając w talii. Położyła się koło niego i przytuliła do jego klatki piersiowej. Leżeli tak objęci wsłuchując się wzajemnie w bicie serc. James otworzył usta tak jakby chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, ponieważ usłyszeli ciche pukanie do drzwi.
- Otworzę – powiedziała Evans po czym wstała i podeszła do drzwi. Otworzyła je.
- James. Masz gościa. U progu drzwi stał Remus Lupin. Dziewczyna spojrzała najpierw na jednego, potem na drugiego. Ich twarze nie wyrażały nic. Od razu zrozumiała, ze powinna zostawić ich samych.
- Zaczekam na korytarzu – powiedziała bardziej do siebie niż do nich i po cichu opuściła pomieszczenie.

James wciągnął głęboko powietrze i zmierzył wzrokiem przyjaciela.
- Cześć – rzekł nieśmiało chłopak i podszedł bliżej – dobrze cię widzieć.
- Ciebie również – Odparł James. Nie był zły na Remusa, lecz coś dławiło go w gardle i nie pozwalało mu mówić.
- Dobrze, że nic Ci nie jest – Lupin usiadł okrakiem na krześle stojącym pod oknem – Przepraszam – dodał.
- Nic się nie stało.
- Słuchaj James. Rozmyślałem nad tym długo – zaczął chłopak. Jego twarz przybrała kolor kredy – jestem zbyt niebezpieczny.
- Co ty mówisz? – Rogacz nagle wstał z poduszek i usiadł na krańcu materaca. Czuł się tak jakby ktoś chlasnął go w twarz. Osłupiały nie wiedział co powiedzieć.
- Nie możemy być przyjaciółmi. To zbyt ryzykowne – Remus chciał mu wszystko wytłumaczyć, lecz tak bardzo pragnął wydusić z siebie to co chciał powiedzieć, że sam poplątał się w swojej wypowiedzi – omal nie strąciłeś przeze mnie życia.
- To był wypadek! – wykrzyknął Rogacz próbując przekonać przyjaciela. Wiedział jednak, ze Lupin ma trochę racji. Nie chciał jednak dopuścić do swojej świadomości rozstania z przyjacielem.
- Owszem, ale wiesz jak jest. To się może zdarzyć po raz kolejny – Chłopak już go nie słuchał. Siedział wpatrując się chwile w drzwi. Potem potargał kruczoczarne włosy i rzekł.
- Po tym wszystkim co dla ciebie zrobiliśmy chcesz mi powiedzieć, że masz to w dupie!?
- To nie tak…
- Nie?
- Nie. James posłuchaj. Jesteście Lily tacy szczęśliwi…
- A co ona ma do tego? – Przerwał Rogacz z narastająca irytacją.
- Nie chcę Wam zniszczyć życia!
- Przestań gadać jak prefekt – bąknął Potter już totalnie zdenerwowany. Wściekłość wzbierała w nim coraz bardziej. Nie wytrzymał – jesteś zwykłym tchórzem.
- Słucham!?
- To co słyszysz! – Wrzasnął i wstał. W boku rwał go okropny ból, ale nie zwracał na to uwagi. Mimo to podniósł rękę i wskazał na drzwi – Jesteś tchórzem! Wnoś się!
- James.. nie rób tego.
- Nie będziesz mi mówił co mam robić, a czego nie! Wynoś się! Nie chcę mieć przyjaciela tchórza! – Gniew już go opanował i nie umiał sobie z nim poradzić. Fala kolejnego bólu przeszyła mu plecy, jednak nie zachwiał się ani na moment. Było mu już wszystko jedno co się teraz stanie. Nie musiał jednak po raz kolejny powtarzać Remusowi żeby wyszedł. Chłopak wstał i obrzuciwszy byłego przyjaciela nienawistnym spojrzeniem opuścił pomieszczenie trzaskając drzwiami. Pochwali ukazał się w nich Lily. Jej twarz przybrała kolor pergaminu. James opadł na materac czując, ze nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Zakrył twarz rękami, lecz nie zdołał ukryć przed dziewczyną łez gniewu spływających po jego policzku.
- Co mu się stało? – spytała nieśmiało bojąc się reakcji chłopaka.
- Jakby to powiedzieć. Przyszedł rozstać pokojowo – zrozumiała.
- A ty oczywiście nie mogłeś się powstrzymać, żeby nie powiedzieć jakim to jest beznadziejnym przyjacielem? – Lily pokręciła z niedowierzaniem głową. Usiadła obok niego i ujęła jego dłoń – nie powinieneś był go tak traktować- westchnęła.
- A ty czyją stronę trzymasz? – wyrwał się z jej uścisku.
- Niczyją. Doskonale wiesz, ze Remus jest również moim przyjacielem.
- Tak wiem – spuścił głowę.
- Mogłeś to inaczej rozegrać.
- Dlaczego? Zasłużył sobie na to – mruknął James i zamknął oczy. Gniew od niego na odległość.
- Musisz zrozumieć, że w taki sposób nie załatwia się spraw. Złość tu na pewno nie pomoże. Zrozum, ze Remus poczuł się odpowiedzialny. Gdyby nie zmuszałyby go do tego okoliczności to na pewno by tak nie postąpił – powiedziała i ponownie dotknęła jego dłoni. Pozwolił jej chwycić się na rękę. Poczuł ciepło rozchodzące się po całym ciele. Gorycz powoli go opuszczała.
- Ale jakie okoliczności? – zapytał.
- Jeszcze nie rozumiesz? Lunio niemal Cię nie zabił, a jesteś jego najlepszym przyjacielem. Mógł to być każdy z Was. Ty, Peter albo Syriusz. Każdy z Was mógł zginąć. Remus chce odejść by Was chronić.
- To w takim razie co mam…
- Co masz zrobić? – Ruda zastanowiła się – zostaw go na razie w spokoju. On tego potrzebuje, a gdy zrozumie, że przyjaciele są najważniejsi to sam wróci. Ale pamiętaj, to ty musisz przeprosić – to mówiąc wstała i podeszła do okna, zostawiając na chwilę James, żeby mógł przetrawić jej słowa. Wyjrzała na zalaną słońcem ulicę.
- A teraz czeka nas wyjazd, więc przestań się martwić – obdarzyła go szerokim uśmiechem i oparła się o parapet. Rogacz podszedł do niej odwzajemniając uśmiech. Patrzył na jej urzekającą sylwetkę i nagle zapragnął ja przytulić, powąchać zapach jej włosów, pocałować. Odgarnął jej pasmo rudych włosów z twarzy, spojrzał głęboko w jej zielone oczy i zatopił usta w jej różowych wargach. Całował ją tak jak nigdy wcześniej. Objął ją jedną ręką w talii, a drugą dotykał włosów. Lily oplotła jego szyję. Poczuła jak jego ręka wsuwa się po jej bluzkę i muska ją po brzuchu. Wyżej i wyżej, aż do koronkowego stanika. Nie protestowała, a może nawet chciała więcej. Bardzo jej się to podobało. Zapach jego szyi tak jej zawrócił w głowie, że pragnęła tylko by ta chwila trwała wiecznie.
- Tak bardzo Cię kocham – szepnął James na chwilę odrywając się od jej ust.
- Ja Ciebie też – Odparła. Była tak bardzo szczęśliwa, ze zapomniała o tych wszystkich złych rzeczach, które wydarzyły się w ostatnim czasie. Ponownie zatopiła się w jego ustach. Takie miękkie, takie ciepłe. Miała wrażenie jakby czas się zatrzymał. Całowali się długo, bardzo długo ciągle odkrywając się nawzajem. Oderwali od siebie swoje usta. James przytulił dziewczynę, opierając ja o ścianę. Ukryła twarz w jego ramionach, a on swoją w rudych kaskadach jej włosów. Stali tak jakby świat nie istniał. Jakby w oddali usłyszeli ciche pukanie. Niechętnie odwrócili twarze w stronę wejścia. Stała tam uzdrowicielka w średnim wieku.
- Panie Potter. Przyszłam, żeby pana wypisać.


Warto umrzeć by żyć...
komentarze [4]


roz. XII . - poczułem Cię . >> niedziela, 25 maja 2008 16:06:08
komentarze [1]
Stała sparaliżowana, jakby niewidzialna ręka dotknęła jej i zatrzymała wszystko co w niej żyje. Czuła jedynie bicie swojego serca, które w mgnieniu oka zaczęło tak walić, ze miała wrażenie, że zaraz jej wyskoczy. Musiała się podtrzymać ściany, żeby nie zemdleć. Nie, to jakiś zły sen, powtarzała sobie w duchu.
- Lil – Syriusz położył jej rękę na głowie i pogłaskał po włosach.- Lepiej już chodźmy. On chciałby żebyś przy nim była – Nie musiał jej powtarzać dwa razy. Pospiesznie wcisnęła na nogi buty, schowała różdżkę do kieszeni, chwyciła łapę za ramię i okręciła się w miejscu. Ogarnęła ich ciemność, która po chwili zamieniła się w barwne kształty. Lily rozejrzała się dookoła i popędziła na drugą stronę ulicy, w kierunku zamkniętego centrum handlowego.
- Ruda! Stój!, poczekaj! – Usłyszała za sobą krzyki Syriusza, ale nie odwróciła się. Znalazła się po drugiej stronie szyby wystawowej.

Lily wpadła na szpitalny korytarz rozglądając się na boki. Przystanęła. Wiedziała, ze trafiła we właściwe miejsce. Popatrzyła po twarzach zebranych. Peter stał teraz przy oknie. Dalej, na prawo od zamkniętych drzwi siedzieli państwo Potter. Dziewczyna oparła się o najbliższą ścianę.
- Lil… będzie wszystko dobrze – Usłyszała szept Syriusza. Zdążył ja dogonić. Teraz stał obok niej. Zamknęła oczy.
- Na pewno? - Zapytała
- Na pewno. – Upewnił ją, ale sam nie był tego taki pewny. Bał się, ze dziewczyna zauważy jego wahanie w głosie. Spojrzała mu w oczy.
- Co mu się stało?
- To.. no.. – Zająknął się.
- Powiedz – Poprosiła. Czuła, że łzy napływają jej do oczu. Cokolwiek usłyszy, nie mogło być to gorsze od tego co działo się w tej chwili.
- To Remus – Wyznał niechętnie chłopak. – Przemienił się. Nie umieliśmy nad nim zapanować. Zaatakował Petera. Pewnie gdyby nie James, Peter by teraz był martwy – Twarz rudej przybrała kolor pergaminu. Otworzyła usta lecz nie zdążyła nic powiedzieć. Serce zatłukło jej w piersiach, kiedy zobaczyła, że w drzwiach pojawił się uzdrowiciel.
- Co z nim? – Ruda podbiegła do mężczyzny. Straciła przyjaciółkę, nie mogła teraz stracić Jamesa. Człowiek spuścił wzrok i rzekł poważnym tonem.
- Żyje. Rana była bardzo rozległa. Stracił dużo krwi, więc jest osłabiony. Na szczęście nie doszło do zakażenia. – Lily zakryła usta dłonią. Uzdrowiciel podniósł wzrok, lekko się uśmiechnął i dodał – to bardzo twardy mężczyzna. Wyliże się z tego. – Powiedziawszy to skłonił się i odwrócił. Zanim odszedł powiedział jeszcze.
- Możecie państwo od odwiedzić, ale proszę nie wszyscy na raz. Pan Potter jest jeszcze pod działaniem leków usypiających. – Lily zauważyła spojrzenia wszystkich. Kiwali głowami.
- Mogę?- Zapytała, lecz nie musiała. Od razu zrozumiała, że może wejść pierwsza. Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę.

W pokoju panował półmrok. Ruda rozejrzała się. Pod oknem stało łóżko, a na nim leżał nieruchomo James. Był blady tak jakby cała krew odeszła mu z twarzy. Na sinych ustach, w świetle sączącym się zza zasłony, świeciły się krople potu. Podeszła na palcach do łóżka i przysiadła na rogu.
- James – Wyszeptała. Przyjrzała się twarzy chłopaka.
- Słyszysz mnie? – Zapytała, ale wiedziała, że on jej nie odpowie. Czuła się dziwnie i nie umiała wyjaśnić dlaczego. By podnieść się na duchu ujęła rękę ukochanego. Taka zimna, jak dotyk płatków śniegu na rumianym policzku. Uścisnęła ją delikatnie i potarła palcami, chcą przekazać jej choć trochę swojego ciepła.
- James… - Powtórzyła odgarniając mu włosy z czoła. Dziwnie wyglądał bez okularów. Te spoczywały na szafce obok. – Kocham cię – dodała.
Siedziała tak jakiś czas, trzymając rękę Jamesa w swojej dłoni, po czym wstała. Nie mogła dłużej tak siedzieć. Pochyliła się nad nim i dotknęła wargami jego mokrego czoła. Uścisnęła rękę po raz ostatni i już chciała odejść gdy poczuła jak palce chłopaka poruszają się w jej dłoni.
- Liluś? – Usłyszała cichy szept. Oczy miał nadal zamknięte, lecz nie było wątpliwości, że on wypowiedział to słowo – To ty?
- Tak, to ja – odparła i przykucnęła przy jego łóżku.
- Poczułem Cię – szepnął – poczułem twój zapach, dotyk twojej dłoni. Nawet nie wiesz jak dobrze mieć ciebie przy sobie – wyjąkał. Był bardzo słaby. Nie umiał inaczej powiedzieć jej jak bardzo za nią tęsknił.
- Też za tobą tęskniłam. – Powiedziała – tak się martwiłam – James lekko otworzył oczy. Zobaczył jej roześmianą twarz i łzy w tych dużych, zielonych oczach.
- Bałem się, że więcej Cię nie zobaczę – rzekł. Patrzył przez chwilę na nią, a potem świat przesłoniła mu ściana rudych włosów, gdy wargi jego ukochanej spoczęły na jego ustach. Poczuł radość i wszechogarniające ciepło.
- To lubię – wymamrotał, kiedy oderwali się od siebie. Puścił do niej oko.
- Ja też – Odpowiedziała Ruda całując go jeszcze raz. Potem szepnęła mu w ucho.
- Wszyscy czekają na korytarzu. Chyba dam im szanse spotkania się z tobą – Uśmiechnęła się, a on odwzajemnił uśmiech. Lily odwróciła się i wyszła. James nagle poczuł straszne zmęczenie. Zamknął oczy. Evans ostatni raz spojrzała na niego, stojąc u progu drzwi. On jednak już jej nie widział. Gdy zamknęła za sobą drzwi wszystkie oczy wrzuciły się ku niej.
- Zasnął – powiedziała.
__________
Notka krótka, lecz musiałam ja dodać;] Potem wszystko sie rozkręci, nie martwcie się ; DD

Warto umrzeć by żyć...
komentarze [1]


roz. XI .Wypadek o pełni. >> piątek, 23 maja 2008 15:33:58
komentarze [2]
Tak szybko jak tylko mogli wybiegli na korytarz. Rozejrzeli się po korytarzu i puścili się biegiem w stronę drzwi do salonu. Dopadli drzwi i nie zastanawiając się ani sekundy wpadli do środka. Widok jaki ujrzeli dosłownie wmurował ich w ziemię. Przez odsłonięte okno do pokoju wpadał blask księżyca, oświetlając kulącą się postać na środku. Postać wiła się i krzyczała. Przemiana dobiegała już końca. W kącie pomieszczenia stał przerażony Pater, biały jak kreda.
- Cholera – Zaklął James. – Zasłoń okno! – Krzyknął do Glizdogona. Ten ani drgnął, tak jakby nie dosłyszał. Rogacz bez zastanowienia pobiegł do okna i szarpnął za zasłonę. To był błąd.
- James, uważaj! – Chłopak odwrócił się i w ostatniej chwili uskoczył w bok. Wilkołak już kroczył w stronę Petera zagradzając Jamesowi przejście. Rogacz czuł na sobie oddech zbliżającego się Lupina, a Peter stojący niecały metr od niego zamarł bez ruchu. Byli w pułapce. Serce zamarło im w piersiach. James kompletnie nie wiedział co robić. Omotał całe pomieszczenie szaleńczym wzrokiem wołającym pomocy. Napotkał wzrok Syriusza.
- Zmień się! – Krzyknął Łapa
- Nie mogę! – James wiedział, ze nie ma chwili do stracenia. Nie zauważył jak wilkołak coraz bardziej zbliżał się w stronę Petera, utkwiwszy żółte ślepia w chłopaku.
- Zmień się! – Sapnął Syriusz. James widział, że chłopak próbuje zatrzymać Lupina zaklęciami, ale wszystkie się od niego odbijały. Rogacz jeszcze raz się rozejrzał. Musiał pomóc Peterowi. Podjął decyzję. Skoczył w bok i odepchnął nieruchomego chłopaka na bok W tym samym momencie zamienił się w jelenia. To nie uchroniło go przed ostrzem pazurów, które wbiły mu się w ciało rozrywając bok. Runął krwawiący na ziemię. Syriusz zamienił się w psa i skoczył Remusowi na plecy, próbując go odciągnąć. Udało mu się. W jednej chwili księżyc zasłoniły chmury a za oknem lunęła ściana deszczu. Remus opadł ciężko na podłogę. Syriusz nie rozumiał co się stało. Starał się wszystko jakoś wytłumaczyć. Stał się z powrotem człowiekiem. Osunął się ciężko po ścianie i rozejrzał dookoła. W kącie kulił się Glizdogona, na środku pokoju leżał Remus już w postaci człowieka. Wzrok Syriusza padł na Jamesa i momentalnie zerwał się na równe nogi i podbiegł do przyjaciela.
- James…- Szepnął przerażony dotykając jego czoła. Było rozpalone. Rogacz się trząsł. Syriusz lekko chwycił go, ale poczuł coś lepkiego. Spojrzał na swoje ręce. Na palcach miał szkarłatną krew. Coś w nim drgnęło.
- Peter pomóż! – Zawołał do chłopaka. Pettegrew podbiegł do niego.
- Pilnuj Remusa – Rozkazał. Wyciągnął różdżkę. Przez to wszystko mnie mógł sobie przypomnieć żadnego sensownego zaklęcia. Chwycił Rogacza i podniósł. Na szczęście chłopak był bardzo chudy i lekki.
Łapa szedł bardzo powoli starając się nie puścić przyjaciela. Kiedy opuścił mieszkanie i wyszedł na ulewny deszcz przystanął. Krople deszczu spływały po ich twarzach zasłaniając wszystko.
- Trzymaj się – Mruknął do Rogacza. Potter poruszył powiekami otwierając lekko oczy. Popatrzył na kumpla. Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Dzięki – Wymamrotał niemrawo. Syriusz nic nie powiedział. Skupił się na wybranym celu i okręcił na pięcie. Znikli.

Cisza, która panowała na pustym, szpitalnym korytarzy była okropnie przygnębiająca jak na pogrzebie. Atmosfera była paskudna. Pod chłodną ścianą, na stołku siedział ciemnowłosy chłopak. U jego boku na posadce przycupnął Peter. Rękoma zasłaniał twarz. W świetle padającym z małego okna widać było na jego policzkach ślady wysychających już łez. Czekali w milczeniu. Syriusz, który włożył pięść do ust by uspokoić drganie co chwilę spoglądał na młodego przyjaciela. Potem wstał i zaczął spacerować po korytarzu. Ciągle nie mógł pojąć jak mogli zapomnieć o pełni księżyca. Zdawał sobie sprawę, że teraz czasu już nie cofnie, ale miał wielką nadzieję, że jego przyjaciel wyjdzie z tego bez większych obrażeń.
Dochodził poranek. Promienie wschodzącego słońca wlatywały przez okienko i zalewały światłem smutny korytarz.
- Chyba powinniśmy zawiadomić Lily- Cisze przerwał Łapa. W gardle czuł jakąś dziwnie wielką gulę. Wstał. Nie był w stanie siedzieć bezczynnie. Popatrzył na Petera. Ten jednak nie odpowiedział, tylko kiwnął lekko głową. Miał blada twarz i sine wargi. Syriusz już chciał iść gdy w drzwiach prowadzących na klatkę schodową pojawili się rodzice Jamesa. Oboje z przerażeniem wymalowanym na twarzach. Pani Potter lekko łkała.
- Co z nim?- Zapytała przez łzy. Blach nie odpowiedział od razu. Przełknął głośno ślinę i rzekł.
- Jeszcze nic nie wiadomo. Zajmują się nim uzdrowiciele ale na moje oko nie jest dobrze – Matka Rogacza rozpłakała się jeszcze bardziej. Syriusz przytulił ją i powiedział cicho, żeby ją uspokoić. – Mogę się mylić. Wszystko będzie dobrze. Nie płacz, mamo. – Po raz pierwszy w życiu zwrócił się tak do niej. Pani Potter otarła łzy i uśmiechnęła się niemrawo. Opadła na krzesło.
- Idę po Lily- Poinformował ich Łapa. Wymienili spojrzenia. – Dziewczynę Jamesa.

Evans leżała oparta o wielką poduszkę. Nie spała. Miała złe przeczucia, które starała się odrzucić przez całą noc. Uczycie, że stało się coś złego nie dawało jej spokoju i nie pozwalało jej zasnąć. Wyjęła z pod koszulki medalion i przyjrzała mu się. Wiedziała, ze jest coś co powinna wiedzieć. Wtuliła się w poduszkę. Z każda minutą ogarniało ją coraz większe zimno. Spojrzała na zegar. Dochodziła siódma, a ona całą noc nie zmrużyła oczu. Ktoś zapukał do drzwi.
- Lily- Usłyszała szept swojej matki.
- Tak?
- Śpisz?
- Nie – Odpowiedziała i usiadła na krańcu łóżka. Pani Evans lekko uchyliła drzwi.
- Jakiś chłopak do Ciebie przyszedł i nalega na spotkanie.
- James?- Zapytała z nadzieją w głosie.
- Nie, to nie James. Lepiej zejdź. Wygląda na wstrząśniętego. Powiedział, że to bardzo ważne.- Lily odruchowo spojrzała na matkę. Cokolwiek się stało wiedziała, że teraz miała się o tym dowiedzieć. Chwyciła szlafrok, zarzuciła go na ramiona, po czym opuściła pokój
i zbiegła schodami na dół. W korytarzu stał Syriusz. Wyglądał strasznie. Ledwo trzymał się na nogach opierając ciężko o ścianę.
- Wiem, że to nie najlepsza pora.- Zaczął. Dziewczyna dopiero teraz spostrzegła szkarłatne, zaschnięte plamy na jego dłoniach.
- Mów co się stało!
- Lily.. James jest w Mungu. Źle z nim – Wyjąkał.


Warto umrzeć by żyć...
komentarze [2]


Wesołego Jajka! >> poniedziałek, 24 marca 2008 15:00:23
komentarze [2]
Wszystkiego najlepszego dla wszystkich. Nie miałam czasu przepisać notki, wiem. Obiecuje, że poszukam jeszcze dzisiaj mojego zeszytu i dodam notke^^ Dzięki za komentarze^^
Pozdrawiam.

Warto umrzeć by żyć...
komentarze [2]


roz X .List w zaświaty. >> środa, 30 stycznia 2008 23:04:02
komentarze [11]
Od autorki:
Chceliście notke to macie. Nie marudzić! Czekam, moze ktoś mi podpowie jakie błędy robie i mnie poprawi, bo to bardzo się przydaje. Notka dedykowana jest dziewczynie o imieniu Ala, z która chciałam przez rok na dodatkowy angielski.

Przeczytałam siódmą część Harrego i jestem pod wrażeniem. Moja ulubiona częsć;] Powiem tak... hmm... bardzo mi smutno, że tyle osób umarło i, ze harry już się skończył. To w końcu było całe moje dzieciństwo... Na tej książce nauczyłam się czytac i wogóle. Ale wydaje mi się, że harry nie odejdzie puki my czytelnicy, bedziemy tworzyć;]

Zapraszam do czytania;]
___________
Siedziała w milczeniu gapiąc się w ogień. Była bardzo szczerze zdziwiona. Z kominka, w którym przed sekundą znajdowała się głowa Jamesa, biło ciepło roznoszące się po całym pomieszczeniu. Dziewczyna zastanawiała się nad tym co powiedział chłopak. Przekrzywiła głowę, dalej wpatrując się w płomienie, jakby szukała w nich natchnienia, lub jakiejkolwiek inspiracji do swoich rozmyślań.
- Lily?- Usłyszała za sobą czyjś głos. Zamyślona, nawet nie zauważyła jak do pokoju wszedł ktoś jeszcze. Ruda odwróciła głowę i ujrzała swoja matkę, przyglądającą się jej uważnie. Wzrok dziewczyny padł na małą tackę, która trzymała w rękach pani Evans. Na niej stały filiżanki z herbatą i dwa kawałki szarlotki.
- Przeszkadzam?- Zapytała kobieta.
- Nie, mamuś.- Lily próbowała się uśmiechnąć, ale jakoś nie mogła i zrobiła tylko przepraszająca minę.
- Przyniosłam ciasto i herbatę.- Powiedziała kobieta stawiając tackę na małym stoliku. Usiadła na drugim fotelu cały czas wpatrując się w córkę.
- Jakoś nie mam ochoty.- Wymamrotała Ruda, ale pani Evans nawet nie chciała tego słuchać. Wcisnęła dziewczynie talerz w jedną rękę a łyżeczkę w drugą. Lily zjadła kawałek ciasta. Od razu zrobiło jej się lepiej. Siedziały tak jakiś czas w milczeniu. Po pewnym czasie jednak pani Evans przerwała ciszę i zapytała.
- Coś się trapi?
- Nie.- Mruknęła pod nosem dziewczyna. Nie chciała teraz o tym rozmawiać. Czuła się głupio i nie miała ochoty przyznawać się do swoich lęków.
- Jak chcesz.- Odparła matka dziewczyny.- Ale wiedz, że na mnie zawsze możesz liczyć.
- Wiem.- Ruda była bardzo wdzięczna matce, że nie naciskała jej i nie zmuszała do opowiadania wszystkiego. Jednak po chwili stwierdziła, że co jej szkodzi. Raz się żyje.
- Wiesz… Ja i James…- Zaczęła.
- Jeśli chodzi o to, co działo się wczoraj rano w kuchni, to nie przejmuj się. Mi się kiedyś też coś takiego przydarzyło.- Pani Evans uśmiechnęła się szeroko. Lily wybałuszyła oczy ze zdziwienia.
- Co?! Skąd ty o tym wiesz?
- Petunia mi powiedziała.- Wytłumaczyła się kobieta. W świetle kominka widać było, że lekko się zarumieniła. Lily za to zapytała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
- Coś jeszcze Ci na mnie doniosła?!
- Nie. Tylko, że wiesz...
- Co?
- Petunia jest zazdrosna o tego twojego Jamesa.- Pani Evans spojrzała na nią by sprawdzić jej reakcje. Lily to nie zdziwiło. Petunia zawsze była o wszystko zazdrosna.
- Musisz ją zrozumieć. Jest starsza, a nigdy nie miała tego co ty. Nie chodzi mi o naszą miłość do Was, czy rzeczy materialne. Wiesz, że Petunia nie mogła znieść myśli, że zostałaś obdarzona pewnym darem, a ona nie. W końcu jesteś czarownicą. - Po tych słowach wstała i opuściła pokój by zostawić Lily, aby ta mogła wszystko przemyśleć.

Na dworze zaczęło się ściemniać. Na małej, lekko zniszczonej ławeczce siedziała dziewczyna. Spod ciemnych rudych włosów rozwiewanych przez wiatr trudno było dostrzec jej twarz. Dziewczyna popatrzyła przed siebie. Jej wzrok utkwiony był w stalowej bramie prowadzącej do małego, opustoszałego cmentarza. Wstała. W trudem oderwała wzrok od bramy i spojrzała na żółtawą kopertę, którą trzymała w ręce. Zrobiła krok na przód. Szła bardzo wolno, nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę nogi same ją prowadziły. Ona cały czas wpatrywała się w pergamin. Ogarnęło ją poczucie przygnębienia. Tak długo decydowała się na przyjście tutaj, a kiedy już znalazła się w tym miejscu całkowicie nie wiedziała czemu tu przyszła.
Chociaż było lato, ten wieczór był bardzo chłodny. Lily idąc wśród grobów opatuliła się szczelnie peleryną, którą miała założona na mugolskie ubranie. Skręciła w boczną alejkę. Szła jeszcze kilka minut po czym doszła do małego, marmurowego nagrobka. Ścisnęła mocniej pergamin, który trzymała w ręce i rozejrzała się dookoła, a gdy upewniła się, że nikogo nie ma uklękła na zimnej trawie i wyciągnęła różdżkę. Chwyciła do ręki duży kamień. Zamknęła oczy i wyszeptała kilka słów i machnęła lekko różdżką. Szary kawałek skały zamienił się w czerwony znicz.
- Incendio- Mruknęła ponownie i knot znicza się zapalił. Postawiła go na płycie nagrobka. Dopiero teraz spojrzała na napis na grobie.

ALICE MONTGOMERY

Urodzona 19 II 1960 r.
Zmarła 20 VI 1977 r.
" Ta, co zostanie na zawsze w naszych sercach.
Tobie, do końca wierni przyjaciele."


Lily czuła jak po zmarzniętym policzku spływa jej ciepła pojedyncza łza. Drżącymi rękami wyjęła z koperty złożony na pół kawałek pergaminu. Zaczęła cicho czytać.

Droga Alice.
Nawet nie wiesz jak za Tobą tęsknię. Za wspólnymi spacerami, rozmowami. Piszę ten list chociaż wiem, że nigdy go nie przeczytasz. Dlatego tez, właśnie teraz go czytam.
Sporo czasu zajęło mi opanowanie rozpaczy jaka mnie ogarnęła po twojej śmierci. Dopiero teraz poczułam w sobie siłę by tutaj przyjść. Przepraszam, że od czasu pogrzebu nie odwiedzałam Cię.
Wiem, że nie powinnam była, ale musisz wiedzieć, że o twoją śmierć oskarżyłam Jamesa. Tak bardzo go kocham... Nawet nie wyobrażasz sobie jakie to było dla mnie ciężkie, kiedy zerwał ze mną bez żadnego wyjaśnienia. Jednak teraz jest już dobrze. Chyba razem zamieszkamy.
Szkoda, że ciebie tu nie ma. Straszne rzeczy się dzieją. Gorsze niż jak byłyśmy w Hogwarcie. Czuję, że stanie się coś złego. Podobno ciemne moce rosną w siłę! Nie wiem, czy może być gorzej niż było, ale chyba tak.
Pamiętasz Nicole? Opowiadałam Ci o niej. To ta dziewczyna, która prześladowała mnie w mugolskiej szkole. Teraz okazało się, że Ona też jest czarownicą! Stała się dla mnie najbliższą osobą, no może oprócz Ciebie, Jamesa i mojej rodziny.
Na koniec chciałabym Ci powiedzieć, że nigdy o Tobie nie zapomnę i do końca życia będziesz w moim sercu.
Tęsknię.
Lily.
PS. Mam nadzieję, ze kiedyś się jeszcze spotkamy. Czekaj na mnie.


Kiedy skończyła czytać po twarzy spływały jej rzęsiste łzy. Podniosła list wysoko nad głową i dotknęła go różdżką szepcząc zaklęcie. Pergamin zajął się ogniem. Lily puściła go na płytę nagrobną i patrzyła jak ogień pali ostatni skrawek listu. W tym samym momencie poczuła przerażające zimno na szyi. Jednym ruchem zerwała wisiorek. Rubin zbladł, a w jego środku kłębiło się cos podobnego do mgły.
- Wiedziałam, że Cię tu znajdę.- Usłyszała za sobą czyjś głos i poczuł, ze ktoś kładzie jej rękę na ramieniu. Przerażona odwróciła głowę. Gdy zobaczyła twarz swojej przyjaciółki kamień spadł jej z serca. Nicole nie uśmiechała się jak zwykle, lecz twarz miała smutną i blada. Jej włosy nie były związane opaską tylko opadały złotymi kaskadami na ramiona.
- Co tutaj robisz?- Spytała cicho Ruda, nie wiedząc jak zacząć rozmowę. Wstając z ziemi ręką strzepnęła popiół pozostały z listu na trawę. W jednej ręce dalej trzymała różdżkę, a drugiej mały naszyjnik, który pospiesznie wsunęła do kieszeni płaszcza.
- Szukałam Cię- Odpowiedziała Nicole przyglądając się dziewczynie z troską. Lily już nie mogła wytrzymać od łez, które same płynęły po jej różowych policzkach. Osunęła się na kolana, a Nicole uklęknęła koło niej i przytuliła ją. Evans wtuliła twarz we włosy przyjaciółki. W ciszy, która panowała wokół nich słychać było tylko łzy opadające na zimny marmur.

Kiedy zaszło słońce z nieba spadł deszcz. Krople tłukły niemiłosiernie w szybę. Na dość starym dywanie, leżało czterech chłopaków. Pochylali się ze skupieniem nad kawałkiem pergaminu.
- Powiedz mi Łapo.- Rzekł najniższy z nich. Miał jasne oczy i wodniste oczy spoglądające spod tłustej grzywki.- W jaki sposób zamierzasz stworzyć tę mapę?
- Oj glizdku. Nie znasz chyba moich możliwości.- Zaśmiał się Syriusz. Peter popatrzył na niego z zaciekawieniem. Potem wstał i podszedł do okna. Jego szare oczy powędrowały za okno ku ciemnej nocy. Czuł się dziwnie. Tak jakby będąc wśród przyjaciół nie czuł ich obecności.
- Peter? - Ktoś wyrwał go z zamyślenia. Koło niego stanął Remus.
- Co?- Spytał niemrawo.
- Stało się coś?
- Nie.- Odpowiedział wymijająco i wrócił do kolegów. Usiadł na ziemi niedaleko Jamesa i przyjrzał się przyjacielowi. Peter zawsze lubił przebywać w jego towarzystwie. Uwielbiał go, ponieważ Rogacz był bardzo znany i lubiany, nie mówiąc o tym, ze w Hogwarcie był sławny i Glizdek mógł zaszyć się w blasku reflektorów padających na chłopaka.
- To co Rogaty? Mówiłeś chłopakom o wakacjach?- Zapytał ochoczo Łapa szczerząc zęby do Pottera.
- Jakich wakacjach?- Zainteresował się Pettegrew wyrywając się z zadumy.
- Rodzice Rogacza fundują nam wakacje we Francji!- Zawołał podekscytowany Syriusz. James wzniósł oczy ku górze, a potem roześmiał się głośno i klepnął Łapę w plecy.
- Taak .... Łapcia nie może się doczekać, aż zobaczy te wszystkie francuskie dziewczyny.- Chłopacy ryknęli śmiechem.
- No wypraszam sobie.- Mruknął chłopak z przekorą.- Za kogo ty mnie masz? Odezwał się ten, co nie robił za Casanovę w Hogwarcie.- Dodał zażenowany. Słowa te starły uśmiech z twarzy Jamesa. Wstał i zaczął przechodzić się po pokoju licząc na placach.
- Gabriele, Lara, Patii, Lisa i Lily. Razem pięć. A ty?- Zaczął usprawiedliwiać się.- Rose,
Susan, Sarah, Lara, Katie, Sam, Ann, Mariette, Lana. Razem dziewięć a i jeszcze zapomniałbym. Lily. To daje nam ogólnie dziesięć.- Zakończył wyliczanie i wyszczerzył zęby do Syriusz, który wcale nie wyglądał na zadowolonego. Przeciwnie. Sprawiał wrażenie, jakby chciał się na niego rzucić.
- Jak możesz mi to wypominać?
- Sam zacząłeś.- James wzruszył ramionami i usiadł opierając się o ścianę.
- Szczerze.- Zaczął mówić Łapa.- To nigdy nie mogłem zrozumieć co ty widzisz w Evans. Przecież ona nawet nie jest ładna.
- Zamilcz!- Rogacz zerwał się na równe nogi i łypnął na przyjaciela.- Nawet się nie waż tak o niej mówić. – Potem zwrócił się do Lupina i Petera.- Możecie zostawić nas na chwilkę samych? Chyba musimy sobie z Syriuszem uciąć przyjacielską pogawędkę.
- Okey, stary – Mruknął Lunio i pociągnął Glizdogona do drugiego pokoju. Kiedy James upewnił się, że nie podsłuchują spojrzał obrażony na przyjaciela.
- Jeśli masz mi cos do powiedzenia to mów, śmiało.
- Robisz z igły, widły – Syriusz przewrócił oczami.
- Obraziłeś moją dziewczynę!
- Nie obraziłem – wytłumaczył się Black.- Powiedziałem tylko, że nie wiem, co ty w niej widzisz.
- Chce Ci przypomnieć Łapo, że sam się w niej podkochiwałeś w szkole – Powiedział Potter mierząc go wzrokiem. Czuł, ze żyła na skroni mu pulsuje. Nienawidził, gdy ktoś mówił źle, o osobach, które kochał.
- Było, minęło. – Burknął Syriusz opadając na najbliższe krzesło. Patrzył w brązowe oczy Rogacza oczekując kolejnego wybuchu złości. To jednak nie nastąpiło.
- Naprawdę uważasz, że Lily jest brzydka?- Zapytał cicho Rogacz, nie spuszczając wzroku z Łapy i przypatrują się mu uważnie.
- Oczywiście, ż nie.- Wybełkotał Syriusz i parsknął śmiechem. James przekrzywił głowę i nieświadomie powędrował ręką do włosów i rozczochrał je jeszcze bardziej.
- To po co to powiedziałeś?
- Bo mnie wkurzyłeś.
- Ja Cię wkurzyłem?!- Krzyknął James wstając.- Ja Cię wkurzyłem?!
- Tak. I co?! Zamierzasz się teraz kłócić?!- Syriusz podszedł do niego. Całkowicie stracił nad sobą panowanie. Nie wiedział co robi. Wyglądał tak jakby miał się za chwile na Jamesa rzucić. Już chciał go popchnąć, ale w tym samym momencie rozległ się przeraźliwy krzyk. W chaosie zdołali tylko dosłyszeć wrzask Petera.
- Syriusz, James!!!! Pomocy!!!!!- Oboje przerażeni spojrzeli po sobie.


Warto umrzeć by żyć...
komentarze [11]


roz IX .spóźniony prezent. >> piątek, 14 grudnia 2007 00:24:22
komentarze [13]
Od Autorki:
Na wstępie chcę przeprosić za wszystkie błędy, oraz zo to, że notka jest tak późno, ale jest troche dłuższa niż zazwyczaj. Wiem, znowu zrobiłam sobie cholerną przerwe. Przepraszam. Jestem tak zawalona wszystkim, ze nie mam nawet czasu się uczyć, a potem nauczyciele łapią mnie na ściąganiu na kartkówkach;(

Już wkrótce święta, więc obiecuję, że poprzepisuję to co mam w zeszycie, a mam tego sporo.
Jam widzicie zmieniłam szablon. Jak na razie nie ma bardzo smutnych momentów w opowiadaniu, więc stwierdziłam, że przyda się trochę kolorów, zwłaszcza, że niecierpię bezśnieznej zimy.. bleeeehh... nie miałam tez czasu robic sama szablon, więc wzięłam jakiś ze strony... ale mi się podoba.

Za kilka notek dam pewne urozmaicenie do opowiadania, ale tylko tyle moge zdradzić.. dowiecie sie z czasem.

Notke dedykuje pani z bloga
nocny-spacer-z-huncwotami;]

zapraszam do lektury:
_________________________
Chociaż cały poprzedni dzień Lily spędziła z Jamesem i czuła się psychicznie już lepiej, nie była silna na tyle by odwiedzić grób najbliższej przyjaciółki. W dalszym ciągu, kiedy patrzyła na jej fotografię, w oczach szkliły jej się łzy. Dziewczyna czuła, że powinna pojechać na cmentarz, ale czuła wewnętrzny opór i nie wiedziała jak go przezwyciężyć.

Rankiem, dzień po wizycie Rogacza w jej domu wpadła do niej Nicole. Jak zwykle z rozpuszczonymi, złocistymi włosami, zebranymi opaską, w ładnej, zwiewnej sukience stanęła w drzwiach i pomachała ochoczo.
- Ten twój chłoptaś to niezłe ciacho.- Powiedziała gdy już zdjęła kurtkę i wraz z Rudą poszła do pokoju Lilki.
- Ty mi tutaj bez takich.- Upomniała ją i pogroziła palcem.
- No co?- Obruszyła się Nicole i opadła na łóżko.- Mówię to co myślę- Zaśmiała się.
- No to nie myśl, bo to Ci szkodzi – Skwitowała Evans po czym usiadła na tapczanie koło przyjaciółki. Nicole podparła się na rękach i podciągnęła się tak, że teraz siedziała oparta o wielką, puchową poduszkę.
- Skoro jesteśmy przy temacie chłopaków - Zaczęła blondynka. – To ten kolega James tez jest całkiem niezły.
- Który?- Zaciekawiła się Lily.
- No ten taki barczysty, umięśniony brunet – Nicole popatrzyła rozmarzonym wzrokiem w okno. Ruda spojrzała trochę zdziwiona.
- Eeee.. Syriusz?
- No chyba to ten.- Dziewczyna uśmiechnęła się. Lily wpatrywała się w nią, wiedząc co ta czuła. Sama kiedyś była zakochana w Syriuszu.
- Podoba Ci się?- Spytała Ruda.
- I to jak – Mruknęła Nicole i rozpłynęła się, prawie dosłownie.

Wiał lekki wietrzyk. Na zimnej, mokrej trafie została postawiona skrzynia ze sprzętem do Quiddicha. Chłopak wyciągnął palec.
- Wiatr jest dobry.- Mruknął sam do siebie. Spojrzał w górę. Znajdował się na wielkim stadionie. Wokoło pustki. Wciągnął powietrze. Znowu poczuł się jak w Hogwarcie. Quiddich była to jedyna rzecz, oczywiście oprócz Lily, jaka sprawiała, że James czuł się naprawdę szczęśliwy.
Stał tak parę minut rozkoszując się ciszą jaka panowała na stadionie po czym wrócił do rzeczywistości. W tym czasie na murawie pojawili się zawodnicy drużyny. Jeden po drugim podchodzili i przypatrywali się Rogaczowi. Było to ich pierwsze spotkanie z nowych trenerem. James zwrócił się do mężczyzn.
- Witajcie. Jestem James Potter, wasz tymczasowy trener. Mam nadzieje, że będzie się nam dobrze razem trenowało - Uścisnął wszystkim ręce po czym dodał.- Wiatr jest doskonały, więc zaczynajmy i nie traćmy ani minuty – To mówiąc przerzucił nogę przez swoją nowa miotłę i odbił się od ziemi. Trudno było mu się dostosować do roli trenera.
Na początku by sprawdzić umiejętności zawodników kazał im wykonywać wszystkie znane mu ćwiczenia na sprawność.
Kiedy skończyli ćwiczenia sprawnościowe i na refleks oraz zwinność i stanęli na nogach na murawie podszedł do niego chłopak. Na oko był od niego dwa lata starszy. Krzepki, chociaż niski mężczyzna z szczecinowatymi włosami spojrzał na Rogacza i powiedział..
- Naprawdę jesteś James Potter?
- Tak. A czemu pytasz? - Zdziwiony Rogacz zmarszczył brwi.
- Po prostu chciałem się upewnić. Znam Cię.
- Skąd? – Potter pochylił się by podnieść z ziemi mały kamyk i włożył go do kieszeni.
- Chodziłem do Hogwartu. Zawsze chciałem Cię poznać. Choć jestem starszy, byłeś moim idolem. Świetnie grasz.
- Eeee.. nie no wiesz dzięki.- Mruknął Rogacz trochę zdziwiony. Cała ta sytuacja bardzo go zaskoczyła. Już chciał odejść gdy chłopak zapytał.
- Zdobyłeś w końcu serce tej rudej dziewczyny? – Na to pytanie James się zakrztusił. Wybałuszył oczy na chłopaka.
- To ty znasz TAKIE szczegóły?
- No bez przesady. Wszyscy wiedzieli - Zaczął się usprawiedliwiać chłopak.- Tak czy nie?- Potter spojrzał mężczyźnie w oczy i uśmiechnął się mówiąc.
- Sam zgadnij.

Był słoneczny poranek, a na niebie nie widać było żadnej chmurki. Na ulicach panował straszny tłok. Wszyscy wyjeżdżali na wakacje. Był to szósty dzień odkąd Lily opuściła Hogwart. Marzyła o wakacjach na jakiejś słonecznej wyspie, z dala od brudnego Londynu.
- James to ma dobrze.- Powiedziała Ruda. Mieszka w Brighton, zaraz nad morzem – Ona i Nicole szły zatłoczonym chodnikiem.
- To daleko stąd.- Mruknęła blondynka.- Jak wy sobie wyobrażacie związek na odległość?
- Ej. To końcu nie tak daleko. Mamy teleportacje. Po za tym od i tak przeprowadza się do Londynu.
- No niby tak.
- Hehe. Nie przejmuj się. Jeśli James się przeprowadzi, to zabierze zapewne Syriusza ze sobą.- Ruda się zaśmiała – Osobiście nie chciałabym mieć jego za sąsiada, ale jakoś przeżyję – Blondynka również się uśmiechnęła.

Idąc dalej obie stwierdziły, że powinny chwilkę odpocząć i skręciły w boczną alejkę prowadząca do małego parku. Kiedy tam dotarły rozłożyły koc i usiadły tak by mogły oprzeć się o drzewo.
- Chciałabym wyjechać - Rzekła Lily odgarniając rude pasma włosów z twarzy i wystrajając buzię na słońce.
- Kto by nie chciał.
- Wiesz, że James zaproponował mi żebyśmy zamieszkali razem?
- Naprawdę?- Zapytała ze zdziwieniem Nicole.
- Tak
- I co ty na to?!
- Zgodziłam się.- Przyznała Lily i zamknęła oczy.
- To świetnie!!
- Tak sądzisz?
- Oczywiście! Wspólne mieszkanie, zero rodziców, to taaaaaakie romantyczne.- Westchnęła blondynka.
- Nie chce się spieszyć.- Powiedziała dziewczyna. Nicole zmierzyła ją wzrokiem i zaśmiała się.
- A kto Ci każe od razu zakładać rodzinę? – w jej ustach zabrzmiało to trochę jak drwina.
- No nikt.
- Właśnie.
- Tylko… - Zaczęła Evans.- Nie sądzisz, że James będzie chciał.. no wiesz.
- Uważam, że jesteś dostatecznie dorosła – Mruknęła Nicole.
- Ja mam dopiero siedemnaście lat.- Powiedziała Ruda i szybko dodała.- Po za tym nie wiem, czy jestem na to gotowa - Blondynka popatrzyła na nią i przewróciła oczami. Ruda oparła się o drzewo i zaczęła wsłuchiwać się w śpiew ptaków. Nie chciała teraz o tym rozmawiać. Może Nicole miała racje?

W pomieszczeniu panowała cisza. Przy dużym okrągłym stole siedziały cztery osoby i jadły w milczeniu.
- Jak tam w ministerstwie?- Odezwał się James patrząc na rodziców.
- Tak jak zwykle. Pełno pracy. Próbujemy jakoś zatuszować te wszystkie porwania wśród mugoli.- Odparł pan Potter nalewając sobie zupę.
- Aż tyle ich?
- Nie. Jak na razie kilkanaście osób, ale trudno wyjaśnić mugolem to, że ktoś z ich rodziny idzie do sklepu i giną bez śladu – Ojciec chłopaka wyglądał na bardzo zmęczonego. Miał podkrążone oczy i szarą skórę na twarzy. Matka Pottera też nie wyglądała najlepiej. Zawsze starannie wiązane włosy, teraz były rozplecione i brudnawe. Widać było na obojgu rodzicach ślady przepracowania.
- A jak tam twój pierwszy trening?- Zapytała uprzejmie pani Potter, zwracając się do syna.
- Szczerze? Makabra.
- Co się stało?
- Kompletnie nie wiem jak z nimi rozmawiać. Moje słowa odbijają się od nich jak od ściany.- Przyznał zdruzgotany chłopak i bez przekonania zamieszał widelcem w talerzu. Nie miał ochoty nic jeść. Na widok jedzenia mdliło go.
- Może źle do tego podchodzisz. Spróbuj znaleźć z nimi wspólny język.
- Masz racje, ale to i tak tylko pół roku. Jakoś wytrzymam. – Mruknął Rogacz. Państwo Potter spojrzeli po sobie po czym zwrócili się do syna.
- Pamiętasz, że nie dostałeś od nas prezentu na siedemnaste urodziny?
- Tak. I ? Nie wracajmy do tego.
- Postanowiliśmy ojcem, że zrobimy Ci niespodziankę i załatwiliśmy dla Ciebie i dla twoich przyjaciół wyjazd na dwa tygodnie.- James zachłysnął się zupa, która postanowił zjeść. Gapił się na rodziców niedowierzaniem.
- Co?!- Wyjąkał chłopak. – To ma być żart?
- Nie.
- Kiedy i dokąd?- Zaczął się dopytywać James.
- Za dziesięć dni jest wyjazd do Francji. Jest to prezent za te wszystkie urodziny, które spędziłeś w Hogwarcie z dala od domu.
- Chyba trochę przesadziliście.- Rzekł Rogacz wytykając język do ojca, który mrugnął do niego za plecami żony.
- Ej, ty Rogaty. Lepiej się uspokój, bo jeszcze nigdzie nie pojedziemy. – Upomniał go Syriusz, który do tej pory siedział cicho. James puścił to mino uszu i mruknął.
- To może pójdę zawiadomić Lily, a potem zajdę do Remusa.- Zaproponował i wstał. Nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł.
- Mamo, czy możemy z Łapą zostać u Remusa na noc?
- Oczywiście. Jesteś przecież dorosły, nie musisz nawet pytać.- Odparła pani Potter. Rogacz szturchnął Łapę i razem w pośpiechu wyszli z pokoju. Przy drzwiach James obrócił się wyjął z kieszeni mały przedmiot i rzucił do ojca.
- Jak będziecie mnie potrzebowali, wiecie jak tego użyć.- Po drodze do wyjścia wpadł do salonu i uklęknął przy kominku.
- Marleyroad 23, Londyn.- Szepnął i wrzucił do ognia trochę szarego proszku. Płomienie zazieleniły się.

Lily siedziała w dużym fotelu. Oczy miała zamknięte, a w jednej ręce trzymała otwartą książkę. W pokoju było bardzo chłodno, toteż wcześniej przykryła się kocem. Ze snu wzbudziło ja głośne pyknięcie. Otworzyła oczy i zerwała się na równe nogi.
- James!.- Krzyknęła spoglądając na płomienie iskrzące się w kominku. Wśród nich tkwiło głowa chłopaka. Uklęknęła na dywanie.
- Cześć- mruknął.- Ja tylko na chwilkę. – Ruda pochyliła się nad płomieniami i pocałowała go lekko w usta.
- Tak?
- Pakuj się. Za dziesięć dni jedziemy na wakacje do Francji.- Powiedział z nieukrywaną radością.
- Żartujesz sobie ze mnie?- Zapytała.
- Nie. To nie jest dowcip. Lepiej zacznij pakować się już dzisiaj, bo wy kobiety macie bardzo długą listę potrzebnych rzeczy na wyjazd, więc możesz nie zdążyć.- Z przekorą puścił do niej oko, uśmiechając się figlarnie, po czym zniknął, zanim Lily zdarzyła cokolwiek odpowiedzieć.


Warto umrzeć by żyć...
komentarze [13]


roz. VIII .James, poznaj moją mamę. >> wtorek, 13 listopada 2007 22:43:20
komentarze [12]
Od autorki:
Dziękuję, za wszystkie komentarze pod ostatnią notką. Osiem to nie rekord świata, ale bardzo motywuje człowieka do działania. Nie wiecie nawet jak cieszy mnie każdy wasz komentarz.

Jeśli są tu ludzie(czytelnicy), którzy chcą być informowani o notkach,a nie ma ich na liście w linkach proszeni sa o wpis do księgi z nazwa bloga, lub mailem lub nr gadu-gadu,a napewno będą informowani.

Macie ta notkę, tylko dzieki temu, że wybiłam dzisiaj sześć kubków kawy i miałam dość siły by przepisać to z zeszytu do worda. Notka nie jest długa, ale mam nadzieje, że moja praca się opłaciła, i że notka Wam się spodoba.
Z góry przepraszam za literówki, ale nie miałam już siły czytac tego trzy razy^^

Zapraszam do czytania.
********
W pokoju panował mrok. Tylko z małej lampki stojącej na komodzie sączyło się słabe światło, które nikło gdzieś a połowie pomieszczenia. W kącie na dużym łóżku leżała Lily. Chociaż był środek nocy, nie spała. W szeroko otwartymi oczami, zwróconymi do sufitu rozmyślała nad sensem ostatnich wydarzeń. Czułą się dziwnie, tak jakby straciła wątek i nie wiedziała co robić dalej. Co dalej. Pomyślała.
Ruda wstała z łóżka i przeszła kilka kroków. Było jej strasznie zimno, więc założyła szlafrok. Przespacerowała się kilka razy wzdłuż ściany po czym wróciła na łóżku. Chłód ogarnął jej ciało, a jej stopy skostniały. Głupie ogrzewanie.
Spad koszuli nocnej wyjęła wisiorek. Przyjrzała się klejnotowi bliska. Spostrzegła, że rubin jest bardzo starannie ociosany.
- Co ty takiego potrafisz.- Powiedziała do wisiorka, tak jakby oczekiwała odpowiedzi. Nic. Tylko cisza.
Dziewczyna wtuliła się w poduszki i zamknęła oczy. Nie dane było jej jednak zasnąć, bo w chwili gdy ogarnęło ją ciepło coś walnęło w szybę okna. Otworzyła oczy. Przestraszona wzięła do ręki różdżkę z szafki nocnej i wyskoczyła z łóżka.
Po chwili odgłos powtórzył się. Podeszłą do drzwi balkonowych i uchyliła je lekko. W chwili gdy to zrobiła koło jej głowy przeleciał miały kamień i opadł z trzaskiem na podłogę. Wyszła na balkon, lecz nic nie dostrzegła. Przechyliła się przez barierkę z różdżką w pogotowiu.
- Lumos.- Szepnęła. W chwili gdy rzuciła zaklęcie usłyszała krzyk dochodzący z dołu.
- Aauuu. Lily wyłącz to!- Dziewczyna oniemiała ze zdumienia. Znała ten głos. Wyłączyła więc światło z różdżki i pochyliła się jeszcze niżej. W krzakach miedzy jej domem, a płotem siedział z rozczochranymi włosami Potter.
- Chciałaś mnie zabić?!- Zapytał Jamek ze złością. Dziewczyna zauważyła, że chłopak pluje na ziemię krwią.
Lily przeniosła nogi za barierkę i zeskoczyła miękko na trawę. Podeszła do Rogacza ostrożnie i uklękła przy nim.
- Nic Ci nie jest?- Spytała cały czas nie mogąc uwierzyć w to co widzi.
- Nie, ale chyba mam coś z nogę.- Mruknął.- Ja tu się poświęcam i przychodzę do Ciebie w środku nocy a ty mnie traktujesz jak włamywacza.- Powiedział z żalem.
- Przepraszam.
- Nie ma za co.- Odparł Jamek i uśmiechnął się. Próbował wstać, ale skrzywił się tylko i z powrotem opadł na ziemie. – Potknąłem się o ten cholerny kamień jak oślepiłaś mnie światłem.- Poinformował ją.
- Co ty tutaj robisz?- Zapytała dziewczyna.
Jamek przekrzywił głowę.
- Liczyłam bardziej na coś w stylu „ Cieszę się, że Cię widzę”- Mruknął niczym zbity pies. Ruda pochyliła się nad nim i potknęła jego ust swoimi wargami. Jej ciało ogarnęła fala gorąca.
- Co starczy?
- No od biedy.- Jamek uśmiechnął się do niej. Lily poczuła smak krwi na swoich ustach.
- Jamek, ty krwawisz.
- A to mi nowina.- Rzekł i ponownie wypluł krew na trawę.- Przegryzłem sobie język.
- Chodź.- Powiedziała cicho i pomogła mu wstać. Jednym machnięciem różdżki wyczarowała małe schodki, po których wdrapali się na jej balkon.

Kiedy znaleźli się już w środku, Lily zapaliła światło w swoim pokoju. Poprowadziła go na łóżko. Gdy usiadł przyjrzała się jego nodze.
- Nie wygląda źle. Jedno małe zaklęcie i powinno się zagoić.- Pochyliła się nad nogą chłopaka próbując przypomnieć sobie formułkę. Dotknęła różdżką skóry i wymamrotała kilka słów. Na jej oczach rozcięcie zrosło się nie zostawiając nawet śladu.
- Dzięki.- Mruknął i starł zaschniętą krew ze swoich ust. Dziewczyna usiadła koło niego i przykryła ich kołdrą.
Przez chwilkę patrzyli na siebie w ciszy, po czym Ruda przekrzywiła głowę i powiedziała.
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie.- W jej głosie słychać było oczekiwanie na odpowiedź. Chłopak zawahał się, jakby szukając odpowiedzi.
- Stęskniłem się.- Odpowiedział przysuwając się bliżej. Przesunął dłonią po jej policzku.
- To wszystko?
- Nie.
- Ach…- Mruknęła.- Stało się coś?- Dodała pośpiesznie z lekka obawą w głosie.
- Dostałem pracę i…- Powiedział James, ale Lily mu przerwała.
- Naprawdę?
- Tak.
- To wspaniale.- Ucieszyła się Ruda, a na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- To nie wszystko.- Szepnął James i spojrzał dziewczynie prosto w oczy.- Mój wujek zostawił mi w spadku mieszkanie w Londynie i musze tylko trochę zarobić i w ogóle wiesz.
- Co chcesz mi przez to powiedzieć?- Teraz zapytała Ruda. Spojrzała na jego twarz. Spod okularów widać było w jego brązowych oczach wahanie.
- Bo ja.. no… chciałbym, żebyś ze mną zamieszkała.- Dziewczyna zdziwiła się, lecz nie dała tego po sobie poznać. Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego. Odsunęła się lekko od niego nie spuszczając go z oczu.
- Wiesz, trzeba je trochę odremontować, ale po prostu chciałem się zapytać co o tym sądzisz i czy się zgadzasz.- Zaczął się usprawiedliwiać gdy zobaczył jej reakcje. Ruda patrzyła na niego w osłupieniu. Przez chwilkę zastanawiała nad odpowiedzią, lecz po jakimś czasie nie miała już wątpliwości, co do swojej decyzji.
- Zgadzam się.- Chłopak uśmiechnął się i otworzył usta by coś jeszcze powiedzieć lecz Lily zbliżyła się. Widział w jej zielonych oczach swoje odbicie. Mógł policzyć piegi na jej policzkach. Gdy ich usta złączyły się Ruda objęła go ramieniem. Kiedy oderwała się od niego przytuliła głowę do jego piersi. Popatrzyła na niego jeszcze raz i zasnęła.

Następnego ranka u drzwi pokoju rozległo się pukanie. Nie usłyszeli go jednak. Dopiero gdy pukanie przybrało na sile, Lily powoli otworzyła oczy. W tym samym momencie drzwi uchyliły się, a w nich ukazała się głowa pani Evans. Kiedy ich zobaczyła otworzyła szeroko oczy jakby nie wierzyła w to co przed chwilką zobaczyła. Lily i James leżeli objęci, a drzwi balkonowe były szeroko otwarte. W pokoju panował chłód jak w lodówce. Ruda popatrzyła na matkę z lekkim przerażeniem.
- Cześć mamo.- Powiedziała dziewczyna lekko szturchając chłopaka w ramie, by ten się obudził. Rogacz podniósł niechętnie głowę. Pani Evans ledwo powstrzymała się od uśmiechu, gdy zobaczyła jego rozczochrane włosy.
- James, poznaj moja mamę. – Wybąknęła lekko chichocąc Ruda, gdy chłopak zorientował się co się dzieje. Szybko wstał przewracając się o róg łóżka.
- Miło mi panią poznać.- Wybełkotał bardzo szybko.- Pani Evans- Dodał już trochę grzeczniej.
- Mnie również. Co cię sprowadza do nas tak wcześnie rano?- Zapytała szczerze zdziwiona.
- Eeee.. ja…
- James już wychodzi.- Wtrąciła szybko dziewczyna stając obok Rogacza i posłała matce znaczące spojrzenie bojąc się by jej matka nie palnęła czegoś głupiego. Pani Evans popatrzyła tylko na nich kątem oka, uśmiechnęła się szeroko i powiedziała dobrodusznie.
- Może zechcesz zostać u nas na śniadaniu, skoro już tu jesteś?
- No ja, Eeee…
- Nie daj się prosić.
- No dobrze, z chęcią zostanę.- Odpowiedział Potter gdy poczuł ból w lewej dłoni. Lily, która trzymała jego rękę, uszczypnęła go mocno.
Pani Evans wskazała dłonią drzwi i cała trójka zeszła schodami na dół. Po drodze Ruda szepnęła do Rogacza.
- Przepraszam za to.
- Nie ma sprawy.- Odparł, a kąciki jego warg uniosły się lekko.

Usiedli razem przy okrągłym stole w kuchni. Gdy już rozdzielili zadania, Ruda i jej matka zaczęły krzątać się koło kuchenki elektrycznej, a James rozkładał naczynia. Czuł się dziwnie w mugolskie kuchni, a o elektryczności wiedział tyle co o gotowaniu, czyli nic. Gdy przestał się zadziwiać mikrofalówką zaczął przyglądać się dziewczynie. Ku swojemu zdziwieniu Lily nie używała czarów.
Po kuchni poruszała się bardzo zwinnie, i choć Potter o gotowaniu nie wiedział nic to zauważył, ze była doskonałą kucharką. Patrzył na nią z oczarowaniem. Za każdym razem gdy się poruszyła w jej włosach odbijały się promienie słońca, które wlatywały przez okno.
Lily zauważyła, że chłopak nie odrywa od niej wzroku. Uśmiechnęła się do niego, a on odwzajemnił uśmiech i powrócił do rozkładania talerzy lekko zbity z tropu.
- Trzeba wrócić do rzeczywistości , James.- Szepnęła mu do ucha, gdy podeszła do stołu by postawić chleb.
- Z tobą? Nigdy.- Mruknął spod rozczochranej czupryny. Lily lekko kopnęła go w łydkę.
- Auu.. A to za co?- Spytał zbulwersowany, gdy matka dziewczyny wyszła z pomieszczenia.
- Za to, że istniejesz.- Opowiedziała z nutka rozbawienia w głosie. James podrapał się po głowie.
- No wiesz!.- Wstał i chwycił dziewczynę w talii, i przycisnął do ściany. Obdarzył ją namiętnym pocałunkiem.
Lily czuła zapach jego szyi, a powietrze wokoło nich zrobiło się cieplejsze. Ruda zamknęła oczy i dała ponieść się emocjom. Nigdy wcześniej James jej tak nie całował. Zdawało się jej, że próbował w ten sposób wyrazić swoje uczucia, oraz to jak bardzo za nią tęsknił.
Stojąc tak przylgnięci do siebie nie zauważyli jak ktoś wchodzi do kuchni. Dopiero głośne chrząkniecie sprowadziło ich na ziemię. Lily oderwała usta od jego warg i spojrzała w bok. Petunia.


Warto umrzeć by żyć...
komentarze [12]


roz VII .srebro i rubin. >> środa, 7 listopada 2007 22:16:08
komentarze [8]
Starsza kobieta popatrzyła na wnuczkę. Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Zmarszczki pogłębiły się, lecz nie traciła na tym wdzięku.
- Wejdź.- Powiedziała otwierając szerzej drzwi, by Lily mogła wejść do domu. Gdy tylko dziewczyna przekroczyła prób mieszkania poczuła znajomy, słodki zapach.
- Piekę właśnie pierniczki.- wyjaśniła kobieta widząc minę dziewczyny. Ruda nie potrzebowała jednak tych wyjaśnień. Znała doskonale ten zapach. Przypominał jej lata dzieciństwa spędzone na wsi.
Starsza pani poprowadził ją do małego saloniku. Na pierwszy rzut oka dziewczynie wydawało się, że nic się nie zmieniło. Te same fotele, ten sam stół. Nawet firany i dywan wyglądała identycznie co kiedyś. Na drewnianym kominku stało kilka nieruchomych, czarno białych, fotografii. Ruda wzięła do ręki jedną z nich. Chociaż nie była magiczna, miała w sobie coś, co czarowało. Na zdjęciu widniały sylwetki czterech osób. Jej matki, Petunii, jej samej i jej ojca. Było to zaraz po tym jak jej ojciec zastawił swoją rodzinę i wyruszył w świat.
- Może ci pomogę?- Zapytała Ruda wchodząc do kuchni. Kobieta popatrzyła na nią i rzekła.
- Nie kochanie. Poradzę sobie. Zrób herbaty.
- Oj babciu. Kilka zaklęć i oszczędzę Ci godziny pracy.
- Ależ ja lubię to co robię.- Powiedziała starsza kobieta i wróciła do pracy. Babcia Lily byłą jedyną osobą z rodziny, oprócz jej matki i Petunii, która wiedziała, że Ruda jest czarownicą. Nawet jej ojciec tego nie wiedział, bo odszedł na parę miesięcy przez tym jak dziewczyna dostała list z Hogwartu.
- Tak w ogóle mała, to co Cię tu sprowadza?- Spytała babka patrząc na wnuczkę. Lily przekręciła głowę i mruknęła.
- Po prostu przyszłam się przywitać.
- No to jak tak, to chodź tutaj.- Wskazała jej ręką salonik.- Pogadamy sobie i opowiesz mi o wszystkim.

James siedział na ławce w parku. Co jakiś czas rozglądał się na boki, czy nikt nie idzie. Na kolanach rozłożone miał kolorowe broszurki i ulotki. Zerknął na zegarek. Minęła już jedenaste, a o jedenastej był umówiony. Zastanawiać się czy jest w odpowiednim parku przeszedł do tablicy. Upewniwszy się, że jest w dobrym miejscu powrócił na ławkę.
Po dziesięciu minutach jak mężczyzny nie było tak i nie ma. Potter wstał i już chciał iść kiedy ktoś klepnął go w ramie.
- Pan James Potter?- Zapytał w pośpiechu facet ubrany w ciemną, szafirową szatę czarodzieja. Włosy miał równo przeczesane, a w ręku trzymał długi zwój pergaminu.
- Tak. Pan to pewnie Nicolas Broker?- Spytał Rogacz zmierzając go długim spojrzenie. Facet spojrzał na chłopaka.
- Przepraszam za spóźnienie. Konferencja prasowa trochę się przedłużyła.
- Nic nie szkodzi. W tym zawodzie to normalne.- Odparł uprzejmie Potter nie spuszczając mężczyzny z oczu.
- No to chyba przejdziemy do interesów co?- Bąknął Broker i zaczął coś zapisywać na pergaminie.
- Oczywiście.
- Będzie pan musiał pójść ze mną. Trzeba zrobić kilka testów, zanim podpiszemy umowę.
- Dobrze.- Odparł James i pospiesznym krokiem zaczął iść za mężczyzną.

W pokoju unosił się słodki zapach ciasteczek pomieszany z wonią zielonej herbaty. Na stoliku stała srebrna tacka. Na niej filiżanki, dzbanek i talerzyk z pierniczkami. Lily siedziała na wygodnym fotelu stojącym zaraz koło stolika. Opowiadała swojej babci, o tym co się działo podczas ostatniego roku. Nie ukryła historii i Alice, Jamesie i propozycji Dumbledore’a w sprawie pracy. W pewnym momencie chciała przerwać opowiadanie i już nie mówić dalej bo w sercu czuła straszny ból. Jednak w każdym słowem wylewającym się z niej czułą także narastająca ulgę. Nikomu oprócz Nicole nie opowiadała tego co czuła. Jej własna matka dowiedziała się przypadkowo o śmierci Alice.
Gdy skończyła opowiadać historię kobieta popatrzyła na nią i zapytała.
- Kochasz go, prawda?
- Kogo?- Lily nie musiała zadawać tego pytania. Znała odpowiedź.
- Tego chłopaka, James’a, prawda?- Ponowiła babka Rudej paprząc na nią zielonymi oczami. Dziewczyna trochę zmieszana mruknęła.
- Tak.- Spuściła głowę. Sama nie wiedziała dlaczego, ale czułą się dziwnie rozmawiając na ten temat. Wpatrywała się w swoje stopy.
- Lily- Zaczęła kobieta.- Czasami są takie chwile, że nie wszystko w życiu wychodzi. Chcemy wtedy uciec, oderwać się od rzeczywistości, ale to i tak zawsze do nas wróci.
- Wiem. – Przyznała dziewczyna i podniosłą głowę.
- Jesteś jeszcze młoda, całe życie przed tobą, lecz nie możesz go zmarnować. Czasami jeden błąd niszczy wszystko. Życie jest bardzo kruche.
- Bo chcesz przez to powiedzieć.
- Żyj tak byś nie żałowała, żadnego dnia. Chroń to co kochasz, i broń swoich poglądów. – Powiedziała płynnie kobieta.
- Czemu mi to wszystko mówisz?
- Chce Lily, byś zrozumiała to co zaczyna się dziać na świecie. Nie jestem czarownicą, lecz ty tak. To nie ja mogę zmienić los świata. Wiem jednak bardzo dużo o czarodziejach i wiem, że na świecie tworzy się ogromne zło.
- Wiem.
- W tych czasach nie możemy sobie pozwolić na chwile słabości. Prędzej czy później będziemy musieli wybrać po, której stronie stanąć. Pamiętaj tylko o tym, że twój wybór może nie tylko dotyczyć Ciebie, ale także innych, których kochasz.
- Nie chce by mu się coś stało.- Powiedziała stanowczo, lecz smutnie Ruda.
- W tych czasach każde ziarenko miłości może nam pomóc zwyciężyć, nie zapominaj tego. Tylko od nas zależy jak będzie wyglądała przyszłość.- Skwitowała kobieta i wstała.- Chodź, chcę Ci coś pokazać.

Zamek w drzwiach szczęknął, a drzwi uchyliły się lekko. W korytarzu nie paliło się światło. W domu było cicho, nic nie dawało znaku życia.
- Jest tu kto?- Krzyknął chłopak. Nikt nie odpowiedział. James powoli wyjął różdżkę i zaczął iść wzdłuż ściany.
- Lumos - Szepnął i z jego różdżki wydobyło się lekkie światło, odbijające się od ścian. Usłyszał jakiś odgłos. Idąc za dźwiękiem skierował się w stronę schodów wiodących do piwnicy. Przystanął na granicy schodów i zawahał się. Ruszył jednak po cichu w dół. Gdy zszedł na dół zauważył, że drzwi do piwnicy są uchylone. Popchnął je.
Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył trójkę huncwotów siedzących na ziemi pochylonych nad stertą starych pergaminów. Ich głowy zwróciły się ku niemu.
- Przestraszyliście mnie.- Przyznał z bólem, gdy zobaczył ich miny.
- Sorry, stary.- Mruknął Syriusz i wybuchnął śmiechem. Po pierwszej fazie chichotów zastopował na chwilkę i dodał.- Nie chcieliśmy.- A potem znowu wrócił co śmiania się.
- Co robicie?- Zapytał z zainteresowaniem Potter spoglądając na pergamin i pochylając się ku przyjaciołom.
- Próbujemy zrobić coś podobnego do mapy huncwotów, ale jako mapę Londynu.- Powiedział dumnie Łapa. James spostrzegł za plecami kolegi Lupina, który robił wymowną minę, spoglądając oczami ku górze.
- To znaczy że… - Zaczął James z błyskiem oczach.- Że huncwocie znowu w akcji?
- To zależy już tylko od ciebie.- Zapiszczał Peter i spojrzał błagalnie na chłopaka. Syriusz wyciągnął rękę. Dłonie chłopców spoczęły na jego dłoni.
- Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego.- Powiedzieli chórkiem i uśmiechnęli się od ucha do ucha, po czym pochylili się nad pergaminami.

Na wyciągniętej dłoni spoczywał mały przedmiot. Przypominał kształtem feniksa. Cały był wykonany ze srebra, tylko na środku tkwił mały, ciemny rubin. Zawieszony był na cienkim, srebrnym łańcuszku.
- Co to jest?- Zapytała Lily oglądając przedmiot z bliska.
- Klejnot ten ma bardzo wielką magiczną moc. Jedną rzeczą którą można zdziałać za jego pomocy to rzucanie zaklęć bez użycia różdżki. Jednak nie zawsze kiedy się chce. Swoja moc ukazuje tylko wtedy, kiedy jest naprawdę potrzebny.
- Czemu mi go pokazujesz?
- Chciałabym Ci go dać.- Powiedziała kobieta zwijając dłoń dziewczyny w pięść tak, że naszyjnik został w środku.
- Dlaczego?
- Jesteś czarownicą. Możesz w przyszłości zmienić świat. Mnie się on nie przyda, lecz tobie być może tak. Jednak musisz pamiętać o kilku rzeczach. Tym naszyjnikiem, choć ma wielką moc nie przywrócisz nikomu życia. W żaden sposób nie przywrócisz człowieka ze śmierci. Nigdy także nie obroni cię przed śmiertelnym zaklęciem.
- Wiem.
- Jest jeszcze coś. Jeśli kiedykolwiek będziesz wiedziała, że to już jest twój koniec, i ze zginiesz, gdy nie będzie żadnej nadziei zniszcz go, lub dobrze ukryj. Nigdy nie pozwól by dostał się w ręce ludzi władających czarną magią. W rękach Voldemorta byłoby potężna bronią.
- Nie zapomnę.- Przyrzekła Ruda i założyła naszyjnik na szyję. Poczuł dotyk zimnego metalu. Przez chwilkę patrzyła na kobietę, po czym przyszło jej do głowy pewne pytanie.
- Skąd ty to wszystko wiesz?- Zapytała Lily. Zawsze się zastanawiała skąd jej babka wie tyle o czarodziejach, choć nigdy nie spotkała żadnego czarodzieja oprócz samej Lily i nie skończyła żadnej szkoły, czy akademii magii, no i w dodatku była mugolem.
- Ten sekret zostawię dla siebie.- Powiedziała babka przytulając wnuczkę na pożegnanie. Ruda zrobiła zawiedzioną minę. Kiedy starsza pani to zauważyła dodała.- Może kiedyś Ci powiem.
________
Od autorki:
Musze nadrobić te zaległe 7 miesiecy. Dziekuję wszystkim, któzy tylają tego bloga, także tym co sa, ale nie komentuja. Wiem, że gdzies tak jesteście i to czutacie i to mnie cieszy. Nie każdy amsz czas komentować, rozumiem.:) Jednak prosze o komentarze chociaz ze względu na błędy. Jesli jakieś mam to prosze mi je "wytknąć" bo bardzo trudno jest sprawdzać własne opowidanie.
Ps. Jeśli ktoś chce być informowany o notkach prosze o wpis do ksiegi lub zostawienie w komentarzach numer gadu gadu.

Warto umrzeć by żyć...
komentarze [8]


roz VI .wizyta. >> niedziela, 4 listopada 2007 21:15:02
komentarze [1]
Kiedy następnego dnia podczas śniadania przez okno wleciał wielki puchacz przynoszący Proroka Codziennego , Lily jak zwykle zerknęła na pierwszą stronę. Od pewnego czasu Prorok donosił o kolejnych porwaniach i morderstwach mugoli. Evans zerknęła na nagłówek i z brzdękiem opuściła kubek na stół. Zaczęła czytać.

MORDERSTWO PRACOWNIKA
MINISTERSTWA MAGII

Wczoraj około godziny 20.30 na
Ogólnie znanej ul. Śmiertelnego
Nokturnu zamordowany został
pracownik Ministerstwa Magii. Pan
Beckbody pracował w departamencie
Międzynarodowej Współpracy
Czarodziejów.
Powszechnie uważa się że za to
morderstwo odpowiedzialni są Ci sami
ludzie, co za porywanie mugoli. Ludzie
Ci nazywani są śmierciożercami i stanowią
zagrożenie dla społeczności czarodziejów.
Podobno pracują oni dla czarnoksiężnika
zwanego Lordem Voldemortem.
Nawołujemy społeczeństwo czarodziejów o
ostrożność.
Więcej str. 6


Lily skończyła czytać i popatrzyła na swoja matkę podając jej gazetę. Nie mówiła nikomu o tym, co przydarzyło się poprzedniego wieczoru.
- Pisza coś ciekawego?- Zapytała pani Evans.
- Kolejne morderstwo.- Odparła Lily. Czułą na sobie wzrok Petunii. Jej starsza siostra patrzyła z poirytowaniem za każdym razem, gdy widziała ruchome zdjęcia w gazetach. W tym samym czasie zadzwonił dzwonek do drzwi. Pani Evans wstała od stołu.
- To pewnie listonosz.- Powiedziała. Wróciła po chwili trzymając w ręku białą lilię z dołączonym liścikiem.
- To dla Ciebie skarbie.- Rzekła podając Rudej kwiat. Dziewczyna rozwinęła liścik, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.

Lilia dla najpiękniejszej dziewczyny na świecie- Lilci.
Od James’a
<3.


- Od kogo to?- Spytała zaciekawiona pani Evans próbując zajrzeć córce przez ramię.
- Od James’a.- Odparła. Lily ujrzała błysk w oku swojej siostry.
- To ten przystojny brunet.- Jej matka zawsze lubiła być na bieżąco z informacjami.- Ten, który łaził za tobą przez całe siedem lat, a ty go próbowałaś spławić?
- Tak. Ten sam.- Lily zalała się szkarłatem. Poczuła jak pieką ją policzki.
- Kiedy go poznamy?
- Nie wiem.- Ruda tak naprawdę nie byłą jeszcze do końca pewna czy ten związek przetrwa jeszcze jedną katastrofę i czy jest w ogóle sens dawać jakąkolwiek nadzieję.- Może kiedy…
- Kiedy moja kochana siostrzyczka wreszcie zmądrzeje.- Rzuciła Petunia i demonstracyjnie odeszła od stołu.
***
- Łapa.. Obudź się.- Powiedział James szturchając przyjaciela w ramię.
- Odczep się.- Odburknął Syriusz.
- Łapa! Masz natychmiast wstać!.- Rogacz po raz kolejny go szturchnął. Gdy to nie zadziałało chłopak wyjął różdżkę.
- Sam się prosisz.- Rzekł i skierował ją na przyjaciela- Levicorpus
- Aaaaaaaaach!!!!.- Pokój wypełnił się krzykami chłopaka. Łapa wisiał w powietrzu, tak jakby niewidzialna ręka trzymała go za kostkę.
- Rogacz durniu!- Wrzasnął Syriusz mierząc James’a wzrokiem i wierzgając wolną noga w powietrzu.
- Co!?
- Puść mnie na dół. Natychmiast!
- Kazałem Ci wstać. – Odrzekł Rogacz i podszedł do przyjaciela. Popchnął go lekko, tak, że ten zabujał się w powietrzu.
- Dobrze, już dobrze.- Mruknął Black. Potter niechętnie sprowadził go na ziemię.
- Więcej tak nie rób.- Ostrzegł Syriusz.
- Dobra.
- Dzięki.- Oboje się roześmiali. Śmiech Łapy przypominał trochę ujadanie psa. Syriusz spojrzał na przyjaciela i zapytał.
- Czemu zwaliłeś mnie tak wcześnie rano?
- Rodzice gdzieś poszli, pewnie znowu do Ministerstwa, maja teraz urwanie głowy, a ja muszę załatwić kilka spraw. Sam.
- Ok.- Powiedział z nuta żalu w głosie Syriusz, który wyglądał tak jakby miał ochotę pójść Jamesem.
- Jak chcesz to umów się z Remusem i Peterem. Na pewno chętnie Ci potowarzyszą, kiedy mnie nie będzie. Po za tym.. Co ja twoja niańka jestem??- Zapytał z lekkim śmiechem. To mówiąc wyszedł z pokoju i skierował się do drzwi. Kiedy już był na zewnątrz domu obrócił się i deportował.
***
Evans za pomocą magii pozmywała wszystkie naczynia Teraz siedziała w kuchni trzymając kubek gorącej kawy w jednej dłoni, a drugą obracała palcami kwiatek. Kilka razy już przeczytała liścik, a za każdym razem jej uśmiech na twarzy powiększał się. Po raz pierwszy od długiego czasu była szczęśliwa, czułą jakby jakaś cząstka jej wróciła do życia.
- Co się tak szczerzysz?- Lily nie zauważyła jak do kuchni weszła Petunia.
- Ja?
- Tak, ty. – Odpowiedziała siostra Rudej. Petunia zawsze najeżała się kiedy w domu wspominano James. Była po prostu zazdrosna.
- Radziłabym Ci nie wtykać nosa w nie swoje sprawy, siostrzyczko.- Powiedziała Lily i posłała jej najsłodszy uśmiech jaki umiała.
- Odkąd ty jesteś dla mnie miła?- Spytała Petunia z ironią.
- Od zawsze.
- Tak. Myślisz, że jak skończyłaś tą szkołę dla wariatów to możesz uważać się za kogoś lepszego?!
- Wcale się nie uważam za kogoś lepszego.
- Jesteś wariatką! - Krzyknęła Petunia i splunęła na podłogę. Tego Lily już nie wytrzymała.
- Odwołaj to!- Warknęła.
- Nie zamierzam.- Petunia wykrzywiła wargi w złowieszczym uśmiechu. Lily odwróciła się na pięcie. Gdy jej siostra chciała jeszcze cos powiedzieć, dziewczyna wyjęła różdżkę i wyszeptała jedno z zaklęć, które usłyszała kiedyś na korytarzach szkoły. Efekt był natychmiastowy. Petunia nie mogła nic powiedzieć, ponieważ jej język przykleił się do podniebienia. Ruda popatrzyła na nią przez chwilę z drwiną, a potem odeszła.

Lily zdawała sobie sprawę, z tego, że to co zrobiła było złe i zniżało ją do poziomu huncwotów, których szkole tak tępiła. Przez chwile stała przed swoim domem rozmyślając. Jamesie, ale mnie zmieniłeś. Pomyślała. Dopiero po chwili dotarł do niej sens tych słów.
Dziewczyna skręciła w jedną z bocznych uliczek. Zawsze gdy miała jakieś wątpliwości odwiedzała swoją babcie mieszkającą w małym miasteczku zaraz za Londynem. Lily bowiem mieszkała na przedmieściach. Starsza kobieta była jej jedyną żyjącą krewną, oprócz najbliższej rodziny i kilku dalekich kuzynek. A, że matka jej babki była czarownicą, dziewczyna czuła się bardzo do niej przywiązana.
Ruda poszła daje. Gdy zniknęła z zasięgu oczu przechodniów deportowała się.
***
Znalazła się na ulicy małego miasteczka. Hampstead było bardziej wsią, niż miasteczkiem. Lily poszła wzdłuż krawężnika. Po jednej stronie widziała kilka dużych domów, z wielkimi ogrodami, a po drugiej same pola. Dziewczyna w dzieciństwie przyjeżdżała bardzo często tutaj na wakacje, wtedy gdy jeszcze nie wiedziała, że jest czarownicą.
Po drodze minęła kilku ludzi. Większość z nich nawet jej nie pamiętała, ale byli jednak, tacy, którzy nie zapomnieli dziewczynki z rudą czupryną na głowie.
Kiedy Lily doszła do ostatniego domu, mniejszego, ale równie pięknego jak te, które mijała zapukała do drzwi. Po chwili otworzyła jej starsza kobieta. Miała bladą, lecz gładką skórę, morskie oczy, a w siwych włosach widać było jeszcze kilka miedzianych pasemek. Kobieta spojrzała na dziewczynę. Jej twarz wykrzywiła się w lekkim uśmiechu.
- Cześć babciu. – Rzekła Ruda.
___________
OD autorki.
Hym.. sory za literówki, ale juz nie miałam siły tego sprawdzac. Musiałam kilka rzeczy wykasować, kilka poprawić i notka nie wyszła mi taka jaka powinna byc, ale mam nadzieje, że Wam się podoba. Licze na komentarzyki. Następna notka już niebawem:)

Warto umrzeć by żyć...
komentarze [1]


roz V .widok śmierci. >> czwartek, 1 listopada 2007 21:56:20
komentarze [4]
- Lily?- Spytał z niedowierzaniem James. Wpatrywał się w dziewczynę nie mogąc z siebie wykrztusić nic więcej. Stał tak patrząc a nią. Gdy otworzył usta żeby coś powiedzieć, od razu je zamknął. Tak długo czekał na tą chwilę, a kiedy ona nadeszła nie miał pojęcia za powinien zrobić.
- Tak.- Odparła.
- Co ty tu robisz!?- Wyksztusił w końcu z siebie po długim milczeniu.
- Chciałam zapytać ciebie o to samo.- Mruknęła Ruda. Popatrzyła na niego. Tak chciała by jej wszystko wytłumaczył.
Gdy tak stali wpatrując się w siebie w milczeniu, ze sklepu wyszła grupka ludzi. Wśród nich Lily dostrzegła Remus i Syriusza. Na jej widok zastygli osłupiali, przenosząc wzrok raz na nią, raz na niego.
- Lily czy możemy porozmawiać?- Zdołał zapytać Rogacz. Posłał wymowne spojrzenie przyjaciołom. Ruda westchnęła i wyrzuciła z siebie.
- Wtedy nie chciałeś ze mną rozmawiać.- James wpatrywał się w nią. Jej słowa brzęczały mu w uszach.
- Liluś… proszę.- Szepnął. Próbował dotknąć jej dłoni, bezskutecznie. Ruda spojrzała mu prosto w oczy. Ujrzała w nich ból. Smutek ogarnął jej duszę.
- Dobrze. Dam Ci chwilę. – Odparła, po czym zwróciła się do Nicole i reszty.- Zostawcie nas na chwile samych.
James jeszcze raz na nią zerknął po czym poprowadził do jednej z bocznych uliczek. Znaleźli się w ciemnym ślepym zaułku, z którego odchodziło jedno boczne przejście. Ruda oparła się o kamienny mur.
- Jak dawno Cię nie widziałem.- Szepnął chłopak i stanął koło niej.
- Ja ciebie też nie.- Odparła.- Tęskniłam.
- Ja też. Tak bardzo. Lily…- Zaczął, ale przerwała mu.
- Nie James. Teraz ja coś powiem.- Rzekła W oczach zaszkliły jej się łzy.- Nie było chwili, nie było nocy, od tamtego dnia bym nie myślała o tobie, bym nie myślała o.. Alice. Przez te wszystkie dni zadawałam sobie pytanie, dlaczego odszedłeś.
- Czułem się…
- Winny… wiem…Wiesz co mi mama kiedyś powiedziała?
- Nie.
- Powiedziała, że facet, który zostawia Cię w trudnych momentach to taki, który nie zasługuje na miano prawdziwego mężczyzny. Który jest tchórzem. Nie pomyślałeś ani razu o tym, że chociaż winię Cię za śmierć mojej przyjaciółki, to potrzebowałam Cię?
- Ja..
- Nie pomyślałeś, że kiedy zostawiłeś mnie samą, cierpiałam, bo nie miałam nikogo na kim mogłabym się oprzeć?- Łzy spływały jej po twarzy.
- Lily.- Szepnął- Tak mi przykro.- Podszedł do niej i starł jej łże z policzka. Lily poczuła jak drga jej całe ciało.- Myślałem, że po tym co się stało tamtej nocy nie będziesz chciała mnie znać.
- Nie myłeś się.
- Jak to.- Spytał.
- Po śmierci Alice nie mogłam na Ciebie patrzeć, ale potrzebowałam Cię. Nie wiem czy…- Urwała. Oboje usłyszeli jakiś hałas. Rozejrzeli się dookoła. James chwycił dłoń dziewczyny. Spojrzał na wąskie przejście. Wokoło było ciemno. Kiedy rozmawiali nawet nie zauważyli jak się ściemniło. Odgłosy dobiegały z wąskiego przejścia.
- Może powinniśmy sprawdzić.- Powiedziała. Lily.
- Chodź.- Poprowadził ją do przejścia. Już chcieli wejść w alejkę, gdy usłyszeli znowu głosy.
Wyjęli różdżki, podeszli bliżej i wyjrzeli za róg muru.
- Cicho.- Szepnął jej do ucha.
Przysunęli się jeszcze bliżej. James objął Rudą w pasie, żeby w razie czego nie wyrwała się. Gdy wyjrzeli jeszcze dalej zobaczyli mężczyznę klęczącego na ziemi. Nad nim stały dwie zakapturzone postacie z wyciągniętymi różdżkami w jego kierunku. Prócz nich w alejce nie było nikogo. Usłyszeli zimny, drwiący głos.
- Ostrzegaliśmy Cię, Beckbody.
- Błagam.- Jęknął mężczyzna.
- Nie posłuchałeś Czarnego Pana. Nie wykonałeś rozkazów.
- Nie wiedziałem…
- Kłamiesz!- Krzyknął drugi. Jamesowi zdawało się, że zna skądś ten głos, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd.
- Naprawdę. Nie wiedziałem! Sądziłem, że służę Czarnemu Panu!
- Popełniłeś ogromny błąd. Nie wykonałeś zadania. Jest za to tylko jedna kara.
- Nie, błagam!
- Nie wolno sprzeciwiać się Czarnemu Panu.- Rzucił drugi. Pierwszy podniósł różdżkę, celując prosto w pierś mężczyzny.
- Nie rób tego!
- Muszę.
- Nie, proszę!!!!
- Rozkazy to rozkazy.- Mężczyzna zaśmiał się drwiąco spod kaptura.
- Nie błagam! Ja nie mogę umrze…
- Avada Kedavra.- Krzyknęła zakapturzona postać Rozbłysło zielone światło. Lily krzyknęła. Gdyby nie ręka, którą James trzymał na jej ustach, zakapturzone postacie za pewne by ja usłyszały. Dziewczyna wtuliła twarz w ramie chłopaka. Gdy światło zgasło ciało Beckbody’ego runęło na ziemię.- był martwy.
Usłyszeli szyderczy śmiech, potem trzask i zakapturzone postacie deportowały się. Lily i James stali tam przez chwilę osłupieli. W końcu gdy Rogacz oprzytomniał szepnął.
- Chodź.- Puścił jej talie, ale nie puszczał jej dłoni. Szybko ruszyli w stronę ulicy zostawiając za sobą ciało martwego mężczyzny.

Wbiegli na ulicę i wmieszali się w tłum. Nigdzie jednak nie zauważyli ani jednego z ich przyjaciół. Było już całkowicie ciemno.
- Musimy wracać.- Powiedział Potter. Coraz mocniej ściskał jej dłoń. Czuł jak dziewczyna cała drży. Oboje byli wstrząśnięci tym co zobaczyli.
- Oni go zabili.- Powtórzyła Lily po raz kolejny. James spojrzał na nią. Całą jej twarz pokrywały łzy. Objął ją. Lily odwzajemniła gest. Poczuła zapach jego szyi.
Tak wtuleni w siebie doszli aż pod jej dom. Gdy stanęli pod drzwiami cały czas Lily drżała.
- Lily..- Szepnął James.
- Tak?
- Chcę żebyś coś wiedziała.- Wiedział, że kiedyś będzie musiał to powiedzieć. Szykował się na to od dawna. Dziewczyna popatrzyła na niego. Podszedł bliżej. Pochylił się i szepnął prawie niesłyszalnie.- Kocham Cię. I żałuję, że wtedy tak postąpiłem.
- Ja Ciebie też James.- Odparła. Rogacz pochylił się jeszcze bliżej. Teraz mógłby zliczyć jej łzy na rzęsach. Powoli dotknął jej warg swoimi ustami. Lily odwzajemniła pocałunek. Po chwili jednak przerwała. Popatrzyła mu w oczy i rzekła.
- Chcę byś wiedział, że wybaczyłam Ci, ale nigdy nie będę umiała zapomnieć.- Mówiąc to jeszcze raz musnęła jego wargi i odeszła.
____________
Od autorki:
Wiem, wiem.. którka.. następna notka będzie dłuższa, juz ja napisałam na brudno^^ Sorry za wszystkie literówki i licze na komentarze.
Agisia

Warto umrzeć by żyć...
komentarze [4]


roz IV .Spotkanie. >> wtorek, 30 października 2007 20:58:54
komentarze [1]
Lily skończyła mówić. Nicole milczała. Patrzyła ze zdziwieniem na koleżankę. W jej oczach widać było łzy. Patrzyła na dziewczynę oniemiała. W końcu po kilku minutach milczenia zapytała.
- Popełniła samobójstwo?
- Tak. Załamała się. Nie wytrzymała psychicznie.
- A ten chłopak?- Nicole nie mogła uwierzyć.
- James? Zerwał ze mną następnego dnia. Powiedział, że po tym co się stało nigdy nie będę potrafiła mu wybaczyć i zaufać, i że nie możemy być razem.- Tym razem to Evans miała w oczach łzy.
- A wybaczysz?
- Nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Część mnie bardzo tego pragnie, ale inna część nienawidzi go za to, że nie dopilnował mojej przyjaciółki. Że pozwolił jej umrzeć. Cały czas wierze, że gdyby ją wtedy pilnował nie przydarzyłoby się to.
***
W pokoju było cicho. Chłopak siedział na podłodze, na której leżał stos porozrzucanych, ruchomych fotografii. Każda z nich przedstawiała tych samych, szczęśliwych ludzi. Potter patrzył na nie. W głowie miał mentlik. Cały czas nie potrafił zrozumieć dlaczego właśnie tak postąpił. Obwiniał się o to wszystko co się stało. Co jakiś czas brał, któreś zdjęcie do ręki i podpisywał je z tyłu.
- James.- Chłopak, który obserwował go od paru minut wreszcie przemówił.
- Co?- Zapytał Rogacz zwracając ku chłopakowi zapuchnięte oczy.
- Nie możesz całymi dniami siedzieć w domu. Życie toczy się dalej, czy tego chcesz czy nie. Co się stało to się nie odstanie.
- Łatwo Ci mówić, nigdy nie byłeś w takiej sytuacji.
- Masz rację. Bo ja nigdy nic nie wiem.
- Tego nie powiedziałem!- Obruszył się Potter.
- Nie, wcale!
- I tak mi nie pomożesz!- Krzyknął James.
- Jestem twoim przyjacielem, no chyba, że coś się zmieniło, ale ja nic o tym nie wiem!!- Syriusz wstał z podłogi i zmierzył Rogacza wzrokiem.
- Łapa. To nie tak.- James próbował uspokoić przyjaciela. Jednak Black go nie słuchał.
- A jak!!??
- Ja…- Zaczął ale przerwał.
- Przestańcie się już kłócić. – Dobiegł ich czyjś głos zza drzwi. Oboje obrócili się w tym samym momencie. W drzwiach ukazał im się Remus.
- Lunio!!- Krzyknęli- Co ty tu robisz!? – Remus popatrzył na nich i szeroko się uśmiechnął. Był to szczery i dobroduszny uśmiech.
- Byliście tak zajęciu kłóceniem się, że nie usłyszeliście mojego pukania. A co do pytania. Myślałeś Rogacz, że zostawię Cię na pastwę Łapy? Co za przyjaciel byłby ze mnie.
- Miło to słyszeć.- Mruknął James.
- A co do waszej kłótni. James… Syriusz ma rację. Nie zmienisz niczego jeśli będziesz siedział całymi dniami w domu.
- Zawsze Cię kochałem Lunio.- Syriusz uśmiechnął się od ucha do ucha i poklepał przyjaciela po ramieniu. James zrobił obrażoną minę. Przykucnął i pozbierał rozrzucone fotografie. Natknął się na jedną zrobioną zaraz przed balem. Po policzku spłynęła mu łza.
***
Lily wraz z Nicole szły ulicą. Postanowiły udać się na ulice pokątną, w celu zakupienia nowych ingrediencji do eliksirów. Ruda cały czas czułą na sobie wzrok swojej koleżanki. Po raz pierwszy od śmierci Alice czułą, że ma kokoś komu może zaufać. Jedną rzeczą, której nie mogła wybaczyć Jamesowi, było to, że zostawił ją akurat tym momencie, kiedy najbardziej go potrzebowała. Teraz Nicole, która byłą przez całe życie jej największym wrogiem stałą się dla niej przyjaciółką.
- Czemu nie chciałabyś spróbować zostać aurorem?- Zapytała ją dziewczyna. Evans popatrzyła na nią. Kąciki jej ust uniosły się do góry.
- Nie wiem. Zastanawiałam, się nad praca w ministerstwie, ale nigdy nie myślałam o tym by zostać aurorem.- Przyznała Lily.
Stanęły przed Dziurawym kotłem. Gdy weszły do środka młody barman przywitał je z uśmiechem.
- Witam miłe panie.
- Cześć Tom.
- Podać coś?- Zapytał.
- Dla mnie wodę z lodem.- Lily zwróciła się do Nicole- A dla Ciebie?
- Dla mnie to samo.
Tom podszedł do baru, a po chwili przyszedł niosąc w ręku dwie szklanki i butelkę wody. W drugiej ręce trzymał mały pojemniczek lodem.
Tom był starszy od nich kilka lat. Pracował jednak w pubie bardzo długo. Najczęściej w wakacje, gdy nie uczęszczał do hogwartu. Po skończeniu szkoły przejął bar po ojcu.
Dziewczyny zapłaciły, wypiły w milczeniu po czym opuściły bar kierując się w stronę ulicy Pokątnej.

Wyszły na małe podwórze. Lily stuknęła w ścianę z cegieł kilka razy i w tym miejscu pojawiło się przejście. Weszły na zatłoczoną uliczkę. Wokoło po jednej i po drugiej stronie mieściły się sklepiki i stragany.
- Najpierw pójdziemy do Gringotta. W wakacje rodzice przenieśli tutaj wszystkie pieniądze z mojej książeczki ubezpieczeniowej. Po zamienieniu na galeony nie jest tego dużo, ale ważne, ze coś. Musze sobie załatwić jakąś prace na wakacje. Po wakacjach zamierzam zgłosisz się do ministerstwa.- Poinformowała ją ruda. Razem ruszyły ulica w stronę banku. Po drodze Evans spotykała wielu znajomych ze szkoły. I tych w jej wieku, i starszych oraz młodszych. Większość nich mówiła jej „cześć”, lecz nie wszyscy. Ci, którzy byli młodsi najczęściej robili zdumione, smutne miny.
Weszły do budynku. Czarodzieje i czarownice przeciskali się do wejścia. Gdy Lily wraz z Nicole podeszły do jednego goblina zmierzył je wzrokiem, poprosił o kluczyk i zaprowadził do skrytki.
***
Kiedy już opuściły bank z sakiewkami pełnymi złotych monet postanowiły pójść na zakupy. Przechodząc przez ulice przypatrywały się najróżniejszym przedmiotom. Lily pragnęła sobie cos kupić, ale nie miała żadnego pomysłu co.
-Chyba powinnam kupić sobie nową szatę. Te, które nosiłam w szkole się już nie nadają. A, że chcę znaleźć sobie prace, to wypadałoby nie nosić mugolskich ubrań.
- Zapewne masz racje.- Skwitowała Nicole. Poszły do sklepu Madam Malkin.

Gdy weszły do pomieszczenia, w środku nie było prawie nikogo. Zza wieszaków pełnych szat podeszła do nich chuda kobieta obwieszona mnóstwem szali.
- Czym mogę służyć?
- Szukam szaty..- Powiedziała Lily. – ee… codziennej.
Madam Malkin zerknęła na nią przez okulary.
- Chyba coś znajdę.- Rzekła i zniknęła za półkami. Wróciła po chwili niosąc naręcz zielonych szat. Wyglądały bardziej jak zwykłe, mugolskie sukienki, niż jak szaty czarodziejskie.
- Tak.- Podała Rudej szatę.- Ta powinna być dobra. Pasuje do koloru twoich oczu.
Lily popatrzyła na Nicole i poszła przymierzyć szatę. Po drodze zobaczyła na wieszaku czerwoną sukienkę. Taką samą jaka miała Alice na balu. Evans popatrzyła na nią ze smutkiem.

Wróciła po chwili.
- I co? Podoba Ci się?- Zapytała dziewczynę. Nicole zerknęła na nią.
- Jest idealnie.- Odparła i uśmiechnęła się. Podała Rudej lustro. Lily przypatrzyła się swojemu odbiciu.
- Nie jest źle.- Skrytykowała samą siebie po czym zwróciła się do Madam Malkin- Kupuję.

Kiedy już kupiły wszystko co chciały u Madam Malkin wyszły na zatłoczona ulicę.
- Co chcesz teraz robić?- Zapytała Nicole.
- Nie wiem. Musimy jeszcze kupić ingrediencje do eliksirów. A potem postanowimy co dalej.
- Okey. Jak chcesz.- Dziewczyny poszły wzdłuż ulicy. Zatrzymały się na chwilkę by kupić lody, a potem przystanęły przy księgarni Esy Floresy. Po drugiej stronie ulicy mieścił się sklep ze sprzętem do Quiddicha. Lily uśmiechnęła się. Przypomniała sobie jak kiedyś Potter zabrał ja na „wycieczkę” na miotle.
- Chodź tutaj.- Pociągnęła dziewczynę za rękę. Przeszły pod same drzwi. Gdy Lily chciała je pchnąć, ktoś zrobił to z drugiej strony. Serce podskoczyło jej do gardła.
Przed nią stał James.
____________
Od Autora:
Postanowiłam powrócic. Wiem, że zrobiłam baardzo długą przerwę. Mama nadzieje, że dalej ktoś bedzie to czytał. Tak czy inaczej czekajcie na nową notkę, bo sie niedługo pojawi^^ Mama nadzieje, że Wam się podobało.

Warto umrzeć by żyć...
komentarze [1]






mblog.pl